Ostatnie wpisy
|
środa, 21 grudnia 2011
Wczoraj na szybko nadrobiłem trochę zaległości. By nie dopuścić do następnych spieszę z kolejnym wpisem ;). Po wczorajszym wywiązało się dziś kilka ciekawych rozmów. W jednej z nich zarzucono mi przemawiające przeze mnie rozżalenie. Wiem, że wiele osób może to tak postrzegać. „Chłopu się nie powiodło w Warszawie to teraz pluje jadem". Nikomu nie mogę zabronić tak myśleć. Trzeba jednak pamiętać, że to ja rozwiązałem umowę z PZKosz a nie odwrotnie. Moja umowa przewidywała dość długie wypowiedzenie, więc mogłem trwać w Warszawie i pobierać kolejne pensyjki (a przynajmniej wystawiać faktury ;) ). Dla mnie zawsze jednak najważniejsza była możliwość realizowania swoich pomysłów i wizji. Tego, mimo zapewnień, nie zagwarantowano mi w Warszawie. Od początku miałem obawy, że Grzegorz Bachański nie będzie potrafił przeprowadzić w Związku szybkich zmian. Ta „miękkość" Grzegorza była jednym z głównych argumentów jego oponentów. Receptą miała być grupa osób odpowiedzialnych za poszczególne sektory działalności Związku. Nie będę tu szermował hasłem „młodych", ale przynajmniej niezbyt jeszcze zmęczonych życiem, reprezentujących nowoczesny sposób działania, przebojowych i wyposażonych w daleko idące plenipotencje przez Zarząd. Tak miało być... Tak się jednak nie stało. Zarząd, który miał być swoistą „radą mędrców", od początku zaczął wtrącać się do bieżącej działalności. Niezależność Biura szybko okazała się fikcją. Nawet Marcin Widomski otrzymał tylko minimalnie szersze kompetencję niż jego poprzednik. Prezes nie potrafił oprzeć się ingerencjom członków Zarządu w bieżące działania, nie potrafił się też oprzeć jeżdżeniu po kraju i obiecywaniu „złotych gór". Przykładem może być Cetniewo. SMS PZKosz Cetniewo to budżet w wysokości 1,5-1,7 miliona złotych. MSiT dokłada do tego 800.000, kolejne 250-300 tysięcy pochodzi z subwencji oświatowej. Resztę musi wyłożyć Związek, bo o czesnym w tej skali nie warto mówić. W dodatku sytuacja prawna Związku (przeciągnięta kadencja) dały Ministerstwu pretekst do zabrania części pieniędzy. SMS zaczął, więc od długów. Główną sprężyną zadłużenia były jednak wynagrodzenia kadry trenerskiej, do których PZKosz dopłacał rocznie ok. 300.000 złotych. W pierwszym miesiącu urzędowania udałem się, więc do Cetniewa i zapowiedziałem redukcję wynagrodzeń, które i tak nie miały realnych szans zostać wypłacone. Spotkało się to z ostrą reakcją trenerów, w efekcie kilkanaście dni później pojechał tam Prezes Bachański i obiecał im utrzymanie dotychczasowych warunków. Jedyną oszczędnością było odejście Tomka Niedbalskiego i zatrudnienie w to miejsce Dawida Mazura za dokładnie połowę wynagrodzenia. Teraz czytam, że odejście Tomka Jankowskiego to efekt oszczędności w szkole. Pytam więc czemu teraz? Czemu czekano z tym ponad pół roku? To przecież lekko licząc około 150.000 złotych. Czemu za ceną utraty wartościowego człowieka? Może spokojna zmiana pozwoliłaby „Jankesowi" dalej pracować. Bardzo cenię Tomasza Jankowskiego. To człowiek o silnym charakterze i, co dość rzadkie w światku trenerskim, osoba potrafiąca stworzyć spójny plan organizacyjno-szkoleniowy. Wraz z Romanem Skrzeczem tworzyli świetny duet koordynatorów szkolenia. Wielokrotnie nie zgadzałem się z ich wizją, ale zawsze szanowałem pracę, jaką wykonywali. W tamtych czasach często nie mieli siły przebicia by przeforsować swoje pomysły. Mam raczej negatywny stosunek do SMS-ów, jako takich, ale nie sposób nie docenić, że i Tomasz i Roman zrobili wiele by były one możliwie najlepsze. Strasznie żałuję, że Tomasz zrezygnował. Trudno będzie znaleźć człowieka o podobnym potencjale na to miejsce. Po Tomku pozostanie plan pracy dla kadr wojewódzkich. Jak ważny to element przekonałem się dziś, gdy otrzymałem od nowego koordynatora szkolenia męskiego materiał na przyszły rok. Jest on nieudolną przeróbką materiału Tomasza i Romana. Nieudolną nie tylko merytorycznie, ale głownie redakcyjnie. Rozumiem, że przekopiowanie dokumentu z formatu pdf do Worda nie jest proste, ale to co otrzymałem to ja bym się wstydził komuś wysłać. Zupełnie mnie to jednak nie zaskoczyło. Bo Ryszard Pietruszak jest koordynatorem szkolenia męskiego głownie dlatego, że nie wiadomo było, co z nim zrobić. Szukając pozornych oszczędności w SMS Łomianki przesunięto go do pracy w biurze PZKosz. Wykładnikiem tego ruchu jest kolosalna różnica między pionem żeńskim i męskim, jeżeli chodzi o organizację szkolenia. Ta decyzja personalna jak też kilka innych najlepiej dowodzi, że Grzegorz Bachański nie czytał w młodości „Ojca Chrzestnego" . Tam stary Don poucza syna, że najważniejszą umiejętnością jest mówić ludziom „nie". Bez tej cechy nie da się rządzić. Nikt nie lubi ludzi zwalniać ani obcinać im wynagrodzeń, w agonalnej sytuacji firmy jest to jednak niezbędne. „Miękkość" nowych władz wychodzi nie tylko na tym polu. Od lat problemem polskiej koszykówki są dość wątłe struktury regionalne. Różnice między poszczególnymi regionami (województwami) są nie tylko sportowe, ale głownie organizacyjne. Nie chcę tu robić przykrości moim kolegom z innych wojewódzkich Związków, ale wiele z nich to rachityczne organizacje o minimalnych budżetach i niewielkim zakresie działalności. Ciężko koszykówkę zrobić z Warszawy. Silne struktury regionalne były jednym ze sztandarowych haseł nowej ekipy. I co? I nic! Podobnie jak poprzednicy „Nowy PZKosz" nic nie zrobił w tym względzie. Ktoś powie, że to brak pieniędzy... Nieprawda! Nie zrobił nic. Nie zaproponował żadnych nowych rozwiązań, nie aktywizował tych środowisk, nie poprowadził nawet panelu dyskusyjnego gdzie można by słabszym regionom podpowiedzieć skąd brać pieniądze. Najlepszym przykładem tego braku koncepcji współpracy z województwami są ostatnie działania. Najpierw zupełnie nieprzygotowane spotkanie Prezesów WZKosz. Tematyka ogólna, wiele pustych słów. W ramach omówienia sytuacji Związku pokazano im bilans za rok 2010 – w październiku 2011 (sic!). Potem powołano Komisję Szkolenia Młodzieżowego, która do dziś ani razu się nie spotkała. Teraz odbyło się spotkanie z ludźmi odpowiedzialnymi za szkolenie, na którym nie chciano wysłuchać żadnej propozycji drugiej strony. Zaczynam się zastanawiać czy silne struktury regionalne są władzom PZKosz potrzebne? Przecież tak jest łatwiej. Można się dogadać z Prezesami największych Związków i... już. A dogadać się dość łatwo, pokazał to już Roman Ludwiczuk zyskując poparcie dwóch regionów tylko tym, że ich Prezesi wręczyli „Złote Kosze". „Złote Kosze" to kolejny przykład równi pochyłej. Jakbym nie kpił z gal organizowanych przez poprzedniego Prezesa, to jednak dla wyróżnionych miało to swoją wagę. Zła nie była Gala czy Nagroda a jedynie jednoosobowy sposób jej przyznawania. Teraz „Złotych Koszy" nie ma. Czyżby tej Gali nie udało się ukryć w kosztach PLK? Bo przecież coraz więcej działań PZKosz finansowanych jest z tego źródła. Zawsze byłem „związkowcem" i do końca nie trafia do mnie idea spółek powołanych do Zarządzania rozgrywkami ligowymi. Ta idea miałaby sens gdyby Związek na tym zarabiał. Oddaje prawa do części swojej działalności w zamian za opłatę oraz część praw marketingowych. Tak jak FIBA przekazuje prawa do Mistrzostw Europy. Jak Spółka robi to źle to zmieniamy operatora. Jeżeli dziś Tomasz Pacesas chce nowej ligi to niech powoła spółkę i wystąpi do PZKosz o licencję... i niech wygra lepszy. PZKosz nie ma jednak koncepcji swojego funkcjonowania. Dla mnie to zwykły biznes. Na działalność potrzeba przykładowe 100.000 z Ministerstwa dostajemy 10.000, z rozgrywek niższych klas pozyskujemy 10.000 to skądś trzeba pozyskać 80.000, jeżeli z lig zawodowych 50.000 to od sponsora 30.000, lub odwrotnie. PZKosz liczy jednak na cud. Na mannę z nieba. Dlatego wszystkie opłaty brane są z... choinki (żeby było świątecznie). Bezsensem jest oddawanie lig zawodowych w zarządzanie spółkom, które płacą do PZKosz mniej niż uzyskałby on sam prowadząc te rozgrywki. Może jednak za dużo wymagam, logika biznesu nie jest przecież domeną świata sportu. Może faktycznie trzeba czekać na łaskę polityków... tylko, jeżeli tak to poprzedni Prezes PZKosz był w tym zdecydowanie skuteczniejszy.
wtorek, 20 grudnia 2011
Już tak długo nic nie pisałem, że teraz nie wiem, o czym pisać. Przez ten czas wiele się w polskiej koszykówce zmieniło. Między innymi swojego bloga zaczął pisać Tomas Pacesas. Tomas zawsze budził mój szacunek, i jako zawodnik, i jako trener… Jako bloger podoba mi się najmniej, choć muszę przyznać, że jako spirytus movens sprawdza się znakomicie :). Blog Tomasa tylko mieszanka odgrzewanych kotletów, powierzchownych problemów podlanych obfitym sosem populizmu. Nie oznacza to, że w wielu punktach Tomas nie ma racji. Jak dla mnie to jednak zbytnio gloryfikuje rządy Romana Ludwiczuka i wykazuje jednostronne spojrzenie na problemy polskiej koszykówki. Co do oceny obecnych władz PZKosz jestem skłonny się zgodzić z Tomasem Pacesasem, jedyna różnica tkwi w ocenie przeszłości. Tomas twierdzi, że było lepiej (jeżeli nie wręcz świetnie) ja twierdzę, że było inaczej niż dziś, co w praktyce oznacza, że równie źle lub jeszcze gorzej. Historia nie ma tu jednak większego znaczenia. Spór o to, kto był gorszym Prezesem PZKosz jest czysto akademicka i nie prowadzi do konkretnego celu. Sam blog jest jednak ciekawym przedsięwzięciem. Mnie najbardziej ciekawi, po co zaczął być pisany. Czytałem już kilka domniemań, ale żadne mnie nie przekonało. Zbyt szanuję autora by zakładać, że to prosty odwet PZKosz konsekwentnie zbywa milczeniem kolejny wpisy Pacesasa. Zawsze uważałem taką politykę medialną za błędną. Może zresztą lepiej, że PZKosz milczy, bo mam niejakie odczucie, że odpowiedź byłaby ad personam a nie ad meritum. Dość dobrze znam sposób myślenia zaatakowanych przez Tomasa osób. Co gorsza niewiele osób na ulicy Ciołka zastanawia się nad sensownością zarzutów. Mamy tam raczej syndrom oblężonej twierdzy. Co potwierdza przytoczony na forum basketa komentarz do bloga Pacesasa, że to „stek bzdur i pomówień”. Tymczasem Tomas trafnie ocenia sytuację związku. Sytuację określoną dziś świetnie przez Sekretarza Generalnego, który stwierdził, że „sytuacja Związku nie jest zła, jest… napięta”. Rozbawił mnie ten tekst do łez. Rozbawił… choć na dobrą sprawę nikt nie wie, jaka jest ta sytuacja Związku. Przeraża mnie, że zadłużenie Związku przez osoby dobrze zorientowane określane jest z dokładnością do 2-3… milionów. Czy ktoś wie ile ono wynosi? Czy ktoś oszacował stały przyrost tego zadłużenia? Przecież dług nieodłącznie powoduje odsetki, koszty egzekucyjne itp. Czy ktoś wie ile kosztuje funkcjonowanie Związku? Na jaką kwotę trzeba pozyskać sponsora by Związek wyszedł na prostą? Podobno prowadzone są negocjacje z potencjalnymi sponsorami. Mamy koniec grudnia. Jeżeli decyzja nie zapadła to obawiam się, że już nie zapadnie. A zaległości są doprawdy dziwne. Dziś na spotkaniu województwa przepraszane były za długi dotyczące organizacji obozów. Ten koszt to 4,5 tysiąca na jeden obóz. Takie długi w skali tak dużej organizacji jak PZKosz to wręcz wstyd. Takich „kwiatków” jest więcej. Związek ma problemy z płaceniem zobowiązań objętych dotacją MSiT, brak takich płatności spowoduje konieczność zwrotu dotacji… W diagnozie Tomasa Pacesasa nie podoba mi się jednostronność. Tomas postrzega funkcjonowanie PZKosz jedynie przez pryzmat ligi i reprezentacji seniorów. Związek to znacznie więcej. To więcej zresztą wygląda jeszcze gorzej. Grzegorz Bachański wiele mówi o Orlik Basketmanii, ale to była tylko i wyłącznie inicjatywa MSiT i to w dodatku odwołanego już wiceministra Stachurskiego. PZKosz chwali się turniejami 3x3 tymczasem przynajmniej w Gdańsku była to impreza niszowa z kilkunastoma drużynami na starcie grająca na boisku w drugorzędnym miejscu. Bezczynność na tym polu to główny grzech nowej ekipy. Szkolenie zresztą pozostawia wiele do życzenia. Niestety inicjatywa na tym polu została oddana Zdzisławowi Kassykowi. Dziś tylko heroiczna praca Romana Skrzecza sprawia, że na tym polu coś się dzieje. Roman walczy jednak tylko o koszykówkę kobiet a i tu głównie skupia się na funkcjonowaniu SMS. W męskiej koszykówce dzieje się dużo gorzej. Z Cetniewa w niejasnych okolicznościach wyjechał Tomasz Jankowski oraz trener odnowy biologicznej. Komisja Rewizyjna skontrolowała działalność obu SMS i jest chyba dość zszokowana wysokością ich budżetów. Prezes Kassyk wciąż napawa się różnicą w wysokości środków ministerialnych przeznaczonych na siatkówkę, piłkę ręczną i koszykówkę. Niestety na każdym kroku pokazuje, że nie ma pojęcia jak tę sytuację zmienić. Nie chce dostrzec, że znów stoimy przed ryzykiem zwracania pieniędzy do MSiT, co spowoduje kolejne obcięcie dotacji. Dziś w Gazecie Wyborczej przeczytałem świetny wywiad Łukasza Ceglińskiego z Piotrem Pietrzakiem, chłodna analiza marketingowa działań Związku jest bezwzględna. Na każdym kroku widać, że piękne plany umarły w fazie realizacji. Teoria nie dorosła do praktyki. Fachowa ocena władz Związku jest jednoznaczna. Niestety też dostrzegam brak doświadczenia w Zarządzaniu taką organizacją. PZKosz ciągle nie ma odpowiednio przygotowanych ludzi. Ci mityczni „fachowcy” mieli być główną siłą „nowego PZKosz”. Zamiast dobrze wykształconych kadr o dużym doświadczeniu w podobnych działaniach mamy grupę ludzi, którzy albo nie mają żadnego doświadczenia, albo doświadczenie w… PZKosz. O ile nieco inaczej widzę sytuację w PZKosz to w pełni zgadzam się z Pacesasem w ocenie działalności PLK. Też mnie dziwi, że dyrektor sportowy PLK komentuje mecze dla PLK.tv (choć już chyba nie), dziwi mnie też, że musi dorabiać komentując siatkówkę dla Polsatu. Śmieszy mnie „profesjonalizacja” ligi zawierająca się głownie w dbałości o obecność w szatniach telewizorów i DVD. Śmieszy mnie wprowadzanie sztucznych wielkości hal. Obecny Prezes PLK też jednak nigdy niczym nie zarządzał i jego cała wiedza zawiera się w znajomości regulaminów Euroligi. Nic więc dziwnego, że zmiany są ich nieudolnym naśladownictwem. Nie uważam, że liga musi klubom dawać pieniądze, ale niech je, chociaż dobrze inwestuje w promocję całego przedsięwzięcia. Tymczasem w Polsce wytworzyła się ligowa „biurokracja”, która istnieje dla samej siebie. Co ciekawe spółkę PLK (podobnie jak PLKK) utworzył PZKosz. Dziś obie spółki mają się nieźle, a PZKosz ma „napiętą sytuację”. W diagnozie jesteśmy z Pacesasem zgodni, ale już recepta jest mi z gruntu obca. Proponowana prywatna liga nie ma moim zdaniem racji bytu. Po pierwsze prawo rozgrywek o Mistrzostwo Polski przysługuje tylko PZKosz, po drugie byłby problem z sędziami, po trzecie podobne (choć znacznie lepiej przygotowane) przedsięwzięcie pod tytułem ULEB też się w końcu musiało dogadać z FIBA. Nie jest więc wyjściem ucieczka ze struktur a raczej zmiana struktur… i dlatego podejrzewam, że do wyborów jest bliżej niż się niektórym wydaje… no chyba, że pod choinką Grzegorz Bachański znajdzie sponsora dla polskiej koszykówki. Reformy nie są potrzebne dopóki się ma pieniądze, wie to każdy… Grek.
sobota, 22 października 2011
Punkt drugi – SZKOLENIE „Szkolenie jest podstawowym celem działalności PZKosz. Wszystkie inne działania mają na celu stworzenie odpowiednich warunków do właściwego procesu szkoleniowego. Wszelkie działania PZKosz w zakresie szkolenia nie mogą ograniczać się do szkolenia jednej, wyselekcjonowanej grupy jednostek najlepiej uzdolnionych sportowo, które przechodzą przez wszystkie szczeble drabinki kadr narodowych. Statutowo PZKosz jest przede wszystkim STOWARZYSZENIEM KLUBÓW SPORTOWYCH powołanym przez swoich członków (czyli kluby) do wymyślania i kreowania instrumentów umożliwiających popularyzację dyscypliny. Naturalne wychowanie i przygotowanie zawodnika uzdolnionego sportowo następuje w środowisku klubowym i w związku z tym obowiązkiem PZKosz jest nieustanne motywowanie i zachęcanie środowisk klubowych do jak najlepszej pracy z dziećmi i młodzieżą. SZKOLĄ KLUBY, NIE PZKOSZ. Obowiązkiem PZKosz jest zapewnienie klubom właściwego instrumentarium w realizacji powyższych kwestii. Narzędzia: 1) Wyselekcjonowane ośrodki klubowe, które spełniają określone standardy, jeśli chodzi o poziom sportowy winny być w sposób naturalny wspomagane i nagradzane przez PZKosz systemem grantów organizacyjno-finansowych. 2) Poszerzanie strefy profesjonalnego szkolenia w ramach piramidy szkoleniowej począwszy od upowszechniania koszykówki (kl. I-IV szkoły podstawowej), przez właściwą koordynację kadr wojewódzkich oraz regionalnych OSSM i SMS do poziomu kadry B włącznie. 3) Doszkalanie trenerów poprzez udział w stażach trenerskich w ramach szkolenia kadr wojewódzkich a także innych stażach krajowych i zagranicznych. 4) Przyznawanie grantów finansowych dla trenerów za dobrą selekcję i „produkcję” zawodników/zawodniczek na poziomie reprezentacyjnym 5) Wydawanie materiałów szkoleniowych (w postaci książkowej oraz DVD) i powołanie zespołu metodyczno-szkoleniowego do koordynacji działalności wydawniczej. Umieszczanie materiałów na stronie internetowej. 6) Lepsza organizacji pionu kadr narodowych. Kadry seniorskie z jednej strony mają być odrębnym organizacyjnym bytem – być może nawet w postaci osobnej spółki kapitałowej; z drugiej – zwieńczeniem piramidy szkoleniowej PZKosz. Sztab trenerski kadr narodowych musi mieć świadomość tego, co się dzieje na niższych szczeblach piramidy szkoleniowej. 7) Nowa struktura wydziału sportowego. Zaczyna się ona od wiceprezesa ds. szkoleniowych, drugi szczebel tworzy zarządzający strukturą biurową w zakresie spraw sportowych dyrektor sportowy, a kolejny szczebel to koordynatorzy szkolenia męskiego i żeńskiego, koordynator programu upowszechniania koszykówki oraz szef działu reprezentacji seniorskich. Dodatkowym elementem wspomagającym będą ciała doradcze usytuowane przy wiceprezesie ds. szkolenia: zespół metodyczno-szkoleniowy oraz rada trenerów.” Tyle cytatu z programu Nowego PZKosz. Analizując ten dział poniekąd będę sobie strzelał w kolano, bo w pewnym okresie miałem okazję wcielać go w życie. Mimo wszystko postaram się o w miarę obiektywną analizę. W części opisowej zawarte są dwa uwypuklenia, oba dotyczą roli klubów. Niestety teoria, teorią a nadal jedynym elementem ważnym dla PZKosz pozostają Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Ich reforma się nie odbyła. Próba zmian w Łomiankach zakończyła się dymisją Romana Skrzecza, próbę zmian w Cetniewie zakończyło spotkanie Prezesa PZKosz i Ministra Stachurskiego. W obu przypadkach nadal są to programy autorskie w minimalnym stopniu uwzględniające interesy klubów. Szkolenie klubowe nie uzyskało najmniejszego wsparcia od PZKosz. Nie zostały wyselekcjonowane żadne ośrodki klubowe, które można by wspierać czy promować. Doświadczył tego MUKS Poznań w swoich perypetiach ze zgłoszeniem do PLKK. Ochłodły stosunki na linii Nowy PZKosz – WKK Wrocław. Teraz jedynym ośrodkiem doznającym wsparcia jest chyba Polonia 2011 Warszawa (pod jaką nazwą by teraz nie występowała). Nie ma żadnej wizji grantów, o których mowa w punkcie pierwszym. Poziom szkolenia w klasach I-IV w działaniu PZKosz nie istnieje. Nawet Festiwal Minikoszykówki skierowany jest do starszych dzieci. Brak jest jakiejkolwiek koordynacji kadr wojewódzkich z OSSM i SMS. Kadra B nie została powołana w ogóle. Brak przepływu myśli szkoleniowej, trudno nawet o czystą koordynację formalną by dzieci nie pokrywały się w poszczególnych programach. Więcej tu inicjatywy oddolnej, niż odgórnej koncepcji. Doszkalanie trenerów zaczęło się od zamknięcia przez Sekretarza Generalnego Szkoły Trenerów. Wielokrotnie krytykowałem ten program, ale jego likwidacja bez jakiegokolwiek innego rozwiązania jest dziwna. PZKosz nadal nie organizuje żadnych szkoleń dla trenerów młodzieżowych. Staże trenerskie ostatnio się pojawiły. Jest możliwość uczestnictwa w zajęciach obu SMS-ów. Jest to ciekawa inicjatywa. Trudno ocenić jej wartość merytoryczną przed realizacją, faktem jest, że jest to krok we właściwym kierunku. Staże przy kadrach wojewódzkich nie weszły w życie. O innych stażach (w tym zagranicznych) nawet nie wspominam, bo po co przypominać absolwentom pierwszej edycji Szkoły Trenerów te piękne „czeki” na staże, które otrzymali :). Granty finansowe dla trenerów „produkujących” reprezentantów nie wspominam. Brak pieniędzy w PZKosz będzie tu odpowiednim usprawiedliwieniem. Z drugiej stronie może warto stworzyć podstawy prawne? Wymyślić system, który zacznie działać, gdy „napełni się” pieniędzmi… Można by ten system zaproponować do sfinansowania sponsorom lub ligom zawodowym. Tymczasem Zarząd przyznał nagrodę finansową sztabowi trenerskiemu żeńskiego U-20 (zresztą jak najbardziej zasłużenie), ale całkowicie zapomniał o trenerach klubowych tych zawodniczek, nie mówiąc o ich pierwszych szkoleniowcach. A może warto by chociaż wysłać im listy gratulacyjne? Żadnych wydawnictw szkoleniowych w okresie pracy nowego Zarządu nie zauważyłem. Na stronie nie ma chyba nawet miejsca do umieszczania takich materiałów. Nie został powołany zespół metodyczno-szkoleniowy, choć w sposób naturalny można by tu wykorzystać świetny ośrodek, jakim jest katowicka AWF i osobę Kazimierza Mikołajca. Organizacja pionu kadr narodowych jest niezmienna. Znów nie znamy nazwisk trenerów kadr narodowych seniorek i seniorów. Trudno więc wymagać by mieli oni pojęcie o szkoleniu naszej młodzieży. Kadry młodzieżowe częściowo są obsadzone. Znów jednak nieznani są trenerzy roczników 1997 choć już za miesiąc będą one grały turnieje obligatoryjnie narzucone przez PZKosz. Ja wnioskowałem o obsadzenie obu tych kadr, ale nie znalazłem uznania Zarządu, chciałem to zrobić przed finałami Mistrzostw Polski młodziczek i młodzików tak by trenerzy mogli rozpocząć tam selekcję. Może zresztą lepiej, że tak się nie stało, bo byliby kolejni ludzie, których dziś trzeba by zmieniać z przyczyn doktrynalnych :). Nowa struktura wydziału sportowego wygląda dziś tak, że podobno Dyrektorem Sportowym jest Wiceprezes ds. sportowych… Cóż za ciekawa kombinacja. Koordynatorem szkolenia męskiego były Dyrektor SMS w koszykówce… kobiet. Koordynatora programu upowszechniania koszykówki brak, podobnie zresztą jak samego programu. PZKosz nie jest przygotowany na zmianę strukturalną. Większość ludzi mogących zdecydować o zmianach jest zbyt przywiązana do poprzedniego systemu, by móc skutecznie próbować reformy. Wiem, że za tydzień Zarząd będzie debatował o zmianach, może więc mój pesymizm okaże się przesadzony. Faktem jest, że same zmiany nie mają sensu, gdy brak odpowiednich ludzi. Zresztą teraz chyba też nieco już na nie zbyt późno. W punkcie siódmym mowa też o radzie trenerów, której organizacji się spróbowano. Jest za to inicjatywa powołania Komisji Szkolenia Młodzieżowego z przedstawicieli poszczególnych Podsumowanie oceny realizacji drugiego punktu programu Nowego PZKosz nie może być pozytywne. W Zarządzie PZKosz nadal brak szkoleniowców. Jedynym przedstawicielem tego środowiska jest Zdzisław Kassyk. Mam wiele sympatii i szacunku dla Pana Zdzisława, ale nie jest on osobą zdolną do wcielania w życie nowoczesnych rozwiązań. Zresztą jest to odwieczny dylemat czy Ministrem Zdrowia powinien być lekarz. Wydział Sportowy PZKosz wymaga jasnego zdefiniowania swojej roli, być może przeorientowania roli dotychczasowej. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że jest on bardziej odpowiedzialny za stronę organizacyjną niż stricte szkoleniową. Musimy zdefiniować nowe cele w dziale „szkolenie”. Jeżeli ma to być masowość, szkolenie klubowe i szkolenie kadr trenerskich, to potrzebujemy nowego instrumentarium i osób potrafiących realizować zadania z tego zakresu. Potrzebujemy lepszej współpracy z Ministerstwem Sportu, otwartego spojrzenia na system szkolenia, obiektywnej odpowiedzi dotyczącej roli SMS w tym systemie. Dziś mimo zawartych w programie tez o wadze szkolenia klubowego Związek przeznacza niebagatelną kwotę prawie trzech milionów złotych na szkolenia wąskiej grupy uczniów SMS. Z tej kwoty prawie milion pochodzi w środków własnych. Równocześnie na szkolenie klubowe nie są przeznaczone jakiekolwiek środki. PZKosz pozwolił na likwidację programu „Talent” i nie forsuje w MSiT jakiegokolwiek innego programu skierowanego do klubów. Mam świadomość, że sam także nie zrobiłem wiele w tym kierunku. Problemem PZKosz jest jednak paraliż decyzyjny. W moim rozumieniu Dyrektor Sportowy powinien otrzymać od Zarządu maksymalny zakres samodzielności i decyzyjności by móc realizować długofalowy program. Ciągła walka o zatwierdzenie poszczególnych, jednostkowych posunięć powoduje brak możliwości działania. Dochodzi do tego brak możliwości stworzenia zespołu ludzi, którzy mogliby pomóc w realizacji tego programu. W tak dużej firmie jak PZKosz nie można uzyskać odpowiedniej efektywności przy scentralizowanej decyzyjności, niezależnie czy będzie ona tkwiła w ręku Prezesa czy Zarządu. Nie da się też zrobić reform z ludźmi, którzy nie dostrzegają ich potrzeby a nawet się ich zwyczajnie boją. Wielkim plusem środowiska gdzie jest mi dane pracować, jest właśnie otwarte spojrzenie na wiele problemów i zaufanie do osób, które zarządzają poszczególnymi sferami naszej działalności. Bez tych dwóch czynników nie można realnie myśleć na jakichkolwiek zmianach…
piątek, 21 października 2011
Zaciekawiony wpisem Piotra Szeleszczuka… a właściwie zacytowaną tam wypowiedzią Koordynatora ds. rozwoju PZKosz Piotra Kwiatkowskiego, spieszę donieść, że Antyblog nie jest narzędziem nacisku na Prezesa Grzegorza Bachańskiego. Faktem jest, że wyraziłem swoje niezadowolenie z decyzji dotyczącej kadry U-16 dziewcząt. Prezes poprosił mnie o czas na wyjaśnienie sytuacji. Ponieważ celem nie jest przyp… Prezesowi, a jedynie zwrócić uwagę na coś, co w moim odczuciu jest złe, więc poczekałem na ostateczne stanowisko. Jeżeli ktoś w tym widzi szantaż to trudno. Czuję się zresztą zaszczycony, że Piotr Kwiatkowski uważa Antyblog za aż tak opiniotwórczy, że publikacją tu można straszyć niczym Glockiem :). Swoją drogą mam wrażenie, że Pan Koordynator ds. rozwoju jakoś w strasznie zaperzonym stylu podjął się obrony swojego nowego chlebodawcy. Świadczą o tym chociażby dysputy na Forum Basketa. Jeżeli się nie mylę to nie był aż tak odważny przed wyborami. Czyżby teraz nadrabiał stracony czas ;). Dziś w Warszawie drugie z trzech planowanych w tym miesiącu zebrań Zarządu PZKosz, może warto przypomnieć, jakie były hasła, pod którymi ekipa ta szła do wyborów… 13 stycznia 2011 na stronie internetowej ogłoszony został program „Nowy PZKosz”, nieco ponad dwa tygodnie później ludzie stojący za tą ideą wygrali wybory do Zarządu PZKosz. Prezesem został Grzegorz Bachański. Chwilę potem strona i program zniknęły z sieci. Myślałem, że zniknięcie programu jest chwilowe, dziś zaczynam się zastanawiać czy nie było to symboliczne… Ponieważ minęło już prawie dziewięć miesięcy, co jak wiadomo jest całkiem niezłym okresem inkubacji ;) , postanowiłem pokusić się o ocenę dotychczasowych dokonań. Poszperałem nieco w swoich archiwach, poprosiłem o pomoc życzliwych ludzi i udało mi się odtworzyć program „Nowy PZKosz”. Być może niezbyt obiektywnie, ale spróbuję poddać ocenie, jaki bilans w realizacji swojego ma nowa ekipa. Punkt pierwszy MASOWOŚĆ. „To podstawa funkcjonowania polskiej koszykówki. Zwiększenie liczby graczy i klubów jest priorytetem. Bez szerokiej podstawy realizacja wszystkich kolejnych punktów będzie trudna, jeżeli wręcz niemożliwa. Nacisk powinien być położony na popularyzację koszykówki celem umasowienia dyscypliny. Narzędzia do osiągnięcia celu: 1) Wykorzystanie już istniejących programów ministerialnych np. sportowe wakacje), 2) przedłożenie Ministerstwu Sportu nowych programów w celu ich sfinansowania; 3) aktywizacja okręgowych związków, jako naturalnych filarów poszerzania wpływów koszykówki; 4) ścisła współpraca z innymi podmiotami sportowymi organizującymi rozgrywki koszykarskie (SZS, AZS); 5) w okresie wakacyjnym próba zarażenia koszykówką jak największej liczby dzieci i młodzieży przy użyciu środków w zakresu koszykówki profesjonalnej (współpraca z fundację MG 13, wakacyjny turniej stretballa, wykorzystanie wybitnych reprezentantek i reprezentantów Polski do aktywnej roli w popularyzacji koszykówki)”. Piękne słowa i jakże bliskie temu, co wielokrotnie pisałem na swoim blogu. Niestety realizacja nie jest już tak piękna. Głównym elementem miał być ogólnopolski program upowszechniania koszykówki na wzór wrocławskiej „Basketmanii” czy pomorskiej „Kosz-manii”. Niestety do realizacji zabrakło ludzi. Nowa ekipa szybko poróżniła się i z Wrocławiem i z Gdańskiem. Bez doświadczeń tych regionów ciężko będzie zrealizować tak poważne zamierzenie. Zresztą program ten nigdy nie był oczkiem w głowie Prezesa, który woli zajmować się ligami zawodowymi, kadrami seniorskimi i kontaktami z Marcinem Gortatem ;). Szkoda, bo koncepcja była ze wszech miar słuszna, programy są przygotowane i nawet życzliwość MSiT jest duża. Wiem, że wytłumaczeniem będzie brak pieniędzy w Związku (bo jest to uniwersalna odpowiedź na wszystkie zarzuty), ale do tego typu działań środki własne nie są warunkiem niezbędnym. Podobnie jak w przypadku akcji wakacyjnych finansowanych z programu „Sportowe Wakacje”. W ramach tej akcji PZKosz od lat organizuje „Festiwal Minikoszykówki”. „Organizuje” jest tu zresztą pojęciem względnym, raczej „rozlicza” ;). Przez ostatnie lata Festiwal organizował Krzysztof Szumski w Koszalinie. W tym roku Związek z różnych przyczyn Festiwal postanowił zorganizować na Helu. Doprowadziło to do rozbicia finansowania na dwie imprezy, bo MSiT wsparł i Hel i Koszalin. Tu mała dygresja: to PZKosz chciał zmiany organizatora, a nie POZKosz chciał przejąć imprezę. Camp na Helu wygenerował po stronie POZKosz stratę finansową, więc korzyść dla nas wątpliwa. Znamienne jest, że temat Festiwalu pojawił się dopiero w marcu. Znamienne jest, że poza wizytą Sekretarza Generalnego oraz udostępnieniem trenerów SMS Cetniewo do prowadzenia szkoleń PZKosz nic nie zrobił by Festiwal był imprezą odpowiedniej rangi. W punkcie 5 mówi się o wykorzystaniu wybitnych graczy. Festiwal odwiedzili koszykarze… Trefla Sopot (wielkie dzięki dla Kazimierza Wierzbickiego i Tomasza Kwiatkowskiego). PZKosz w żaden sposób nie zapewnił udziału w imprezie zawodniczek, zawodników czy trenerów Reprezentacji Polski. Sama zresztą idea Festiwalu wymaga ewidentnego przemyślenia, jeżeli impreza ta ma mieć sens. Idę zresztą o zakład, że za rok wróci ona do Koszalina. Prezes Bachański już to podobno obiecał „miejscowemu aktywowi” :). Co do nowych programów, to nic mi o nich nie wiadomo. Ministerstwo wielokrotnie mówiło o chęci pomocy dla tego typu działań w koszykówce. Niestety ze strony PZKosz nie było odzewu. Pojawił się obiecujący projekt „Tauron Basketmania” – czyli cykl turniejów dla młodzieży rozgrywanych na Orlikach (niestety obejmowała ona tylko część kraju). Była to głównie inicjatywa Ministra Stachurskiego. Owszem PZKosz się w to włączył i dzięki Markowi Maliszewskiemu i Konradowi Budce strona sportowa tej imprezy była sprawnie przygotowana, ale długofalowe korzyści dla dyscypliny będą raczej nikłe. Podobnie z campami Marcina Gortata. PZKosz niby w nich pomaga, ale ciągle jest to raczej inicjatywa prywatna niż programowe działanie Federacji. Nie dziwię się Fundacji MG 13, że robi Campy tam gdzie chcą je współfinansować Samorządy. Federacji powinno jednak zależeć by obie akcje miały zasięg ogólnopolski. Warto by zresztą zjednoczyć wszystkie trzy programy w jedną spójną całość. Aktywizacja WZKosz to osobny temat. Tu mogę zdecydowanie powiedzieć, że w tej dziedzinie PZKosz nie zrobił NIC. Co więcej Federacja ma wobec Związków olbrzymie długi i w dodatku nie przedłużyła umowy, z której, szczególnie mniejsze Związki, pozyskiwały środki na działalność. Tu zresztą moje zdziwienie jest największe. W końcu w Zarządzie jest aż pięciu Prezesów OZKosz. Niestety rola WZKosz jest ciągle niejasna. Niczego się od nich nie wymaga, niczego nie oczekuje. Większość z nich wegetuje z braku środków finansowych, a także koncepcji pracy. Być może dla PZKosz słabe WZKosz są dobrym rozwiązaniem. Związki mają większość głosów na Walnym Zebraniu i w tym stanie rzeczy łatwiej nimi manipulować. Silne Związki mogłyby zacząć wymagać pewnych działań, po co to komu? Współpracy z SZS i AZS także brak. Z AZS łączy nas jedynie reprezentacja Uniwersjadowa, z SZS nic nas nie łączy. Nie uważam by to akurat strasznie utrudniało działalność PZKosz i WZKosz, choć uściślenie terminów rozgrywek, tak by wzajemnie sobie nie wchodzić w drogę, byłoby sensowne. Omawiając temat masowości nie sposób zapomnieć, że PZKosz zorganizował cykl turniejów 3x3. Inicjatywa znakomita, niestety z racji krótkich terminów była to impreza słabo nagłośniona i chyba nie odniosła odpowiedniego skutku. Mam nadzieję, że znajdzie ona stałe miejsce w kalendarzu imprez organizowanych przez PZKosz. Parę dni temu PZKosz podjął współpracę z firmą Bonivest. Celem jest PR. Być może więcej teraz będzie o koszykówce słychać. Znam ludzi z Bonivest i jestem przekonany, że to dobry wybór (choć z całą pewnością nie najtańszy), niestety sama propaganda nie wystarczy. Konieczne są działania. Tymczasem w Polsce ciągle jest tyle koszykarek i koszykarzy, co w Hiszpanii klubów. To się musi zmienić – bo z pustego to i Salomon nie naleje… CDN. (w kolejnym odcinku SZKOLENIE)
środa, 19 października 2011
W miniony weekend obradował Zarząd PZKosz. Tematyka była szkoleniowa. Nie wiem jakie były szczegółowe zagadnienia i jakie są końcowe ustalenia. PZKosz tradycyjnie nie ma zwyczaju informować wojewódzkich Związków o takich „drobiazgach”. Wiem natomiast, że jednym z tematów było obsadzenie kadr narodowych na kolejny sezon. Mnie zainteresowała decyzja w sprawie kadry U-16. Zarząd na wniosek Wydziału Sportowego (jeżeli się nie mylę są to Panowie: Skrzecz, Pietruszak, Podgórski i Nosowicz), za aprobatą Zdzisława Kassyka – Wiceprezesa ds. szkoleniowych nominował na to stanowisko Pana Janusza Wierzbickiego. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, Zarząd ma prawo cenić kompetencje Pana Janusza. Problem w tym, że cztery miesiące temu Prezes Grzegorz Bachański nominował na to stanowisko Piotra Kulpekszę. Oto odpowiednie pismo.
Nie słowność Grzegorza Bachańskiego jest tu jednak najważniejsza. Nie najważniejsze są tu także niegdysiejsze powiązania między Panami Wierzbickim i Skrzeczem. Mnie interesuje czysta merytoryka. Interesuje mnie czemu w miejsce Piotra Kulpekszy – trenera młodego pokolenia, absolwenta Szkoły Trenerów PZKosz, trenera aktualnych Mistrzyń Polski Juniorek, asystenta trenera w ekstraklasowym Artego Bydgoszcz zatrudnia się weterana, który od lat nie ma już nic wspólnego z koszykówką młodzieżową i aktualnie prowadzi przeciętny drugoligowy zespół GKK Gorzów Wielkopolski? Co sprawia, że PZKosz podejmuje taką decyzję? Piotr Kulpeksza od początku uczestniczył w selekcji rocznika 1996, przeprowadził w Bydgoszczy Camp centralny dla 32 najlepszych zawodniczek, był członkiem ekipy uczestniczącej w Mistrzostwach Europy U-16. Usłyszałem, że to powrót do pierwotnej koncepcji, że Pan Wierzbicki miał być trenerem kadry Polski. To fakt, przed moim zatrudnieniem w PZKosz Pan Wierzbicki był wybrany trenerem odpowiedzialnym za selekcję rocznika 1996, podobnie jak kilku innych trenerów w historii PZKosz Janusz Wierzbicki na to stanowisko nominowany był przez Romana Skrzecza. Moją decyzją było zakończenie tej współpracy i powierzenie kadry Piotrowi Kulpekszy. Było to zgodne z założeniem, że kadry narodowe powinni prowadzić trenerzy na co dzień pracujący w klubach młodzieżowych. Młodzi ludzie, którzy w przyszłości będą mogli swoje doświadczenie wykorzystać w pracy klubowej lub kolejnych reprezentacjach. Taka było moja koncepcja zaaprobowana przez Zarząd PZKosz. Takie były moje argumenty w rozmowie z Panem Januszem. Teraz widać wiatr wieje z innej strony. Z moich pomysłów i koncepcji w PZKosz nie zostało już prawie nic. I nie jest to problem, może były one błędne, może nawet szkodliwe. W przypadku Piotra Kulpekszy mam jednak przeświadczenie, że merytoryczność ustąpiła kolesiostwu i rewanżyzmowi. Ktoś usiłuje komuś coś udowodnić. Szkoda tylko, że na ołtarzu tej walki poświęca się osoby, których jedyną winą są kompetencje wyższe niż u czyjegoś kolegi! PZKosz przysłał do wojewódzkich Związków prośbę o wytypowanie przedstawicieli do Komisji Szkoleniowej. To świetny ruch. Pierwsza oznaka rezygnacji z centralnego zarządzania. Pytanie tylko czy warto angażować się w prace takiego gremium, jeżeli na końcu decydować mają układy, a nie kompetencje. Nie może nam się udać odbudowa koszykówki jeżeli wciąż najważniejsze będą personalne roszady i partykularne interesy. Wiem, że zaraz się pojawi wiele osobistych wycieczek. Wiem, że moje decyzje personalne także budziły (i pewnie także budzą) wiele kontrowersji. Mimo wszystko jestem przekonany do ich merytoryczności i takiej merytoryczności oczekuję od innych. Mimo dwóch dni prób nie udało mi się poznać argumentów przemawiających za zmianą. Nie takiej „transparentności” oczekiwaliśmy, nie takiej „fachowości i profesjonalizmu”… Taka jest realizacja programu „Nowego PZKosz” nie tylko w tym punkcie budząca wiele wątpliwości… ale to już materiał na inny felieton…
czwartek, 13 października 2011
Mamy za sobą wybory parlamentarne. Wiele w nich analogii do naszego koszykarskiego życia. Wiele też ma zależeć od ich wyniku. Grzegorz Bachański bardzo liczy na poparcie polityków. Miejmy nadzieję, że się nie przeliczy. Dalsze pogłębianie się problemów finansowych Związku może mieć fatalne skutki dla polskiej koszykówki. Z radością zobaczyłem dziś na stronie PZKosz.pl plan pracy Zarządu PZKosz. Jestem pod wrażeniem. Premier Donald Tusk zapowiedział, że teraz będzie pracował dwa razy więcej, ale w PZKosz to już iście stachanowskie podejście do roboty ;). Dziesięć lat aktywnie pracuję w stowarzyszeniach. Każde z nich szczyci się dobrze wykonywaną pracą, każde jest stabilne finansowo, w żadnym z nich nie byłem świadkiem więcej niż dwóch zebrań Zarządu w miesiącu, a i to były sytuacje nadzwyczajne. Zarząd PZKosz ma się w październiku spotkać trzykrotnie! Moim zdaniem nic nie warunkuje takiej aktywności Zarządu. Chyba, że ktoś nie wie, po co jest Zarząd w stowarzyszeniu. Zarząd wbrew nazwie wcale nie jest od zarządzania :). Zarząd jest jak Sejm w strukturze Państwa, to ciało prawodawcze, a nie władza wykonawcza. Wielość posiedzeń Zarządu raczej dezorganizuje niż usprawnia działalność organizacji. Dodatkowo posiedzenia Zarządu generują koszty, niebyt wielkie, ale zawsze. Wszyscy już chyba wiedzą, że PZKosz tonie w długach. Znamienna była dyskusja na blogu Piotra Szeleszczuka. Tam dotyczyła zaległości wobec współpracowników serwisów internetowych, firmy Gryka Serwis czy Magazynu Basket (swoją drogą paranoidalne jest to, że list otwarty korespondentów do Zarządu sprowokował Adam Romański – osoba odpowiedzialna za PR PLK). Długi Związku są dużo bardziej rozległe. Zaległości PZKosz ma wobec wojewódzkich Związków, hoteli, firm zewnętrznych. Jeszcze niedawno pieniędzy nie mieli ludzie pracujący przy Eurobaskecie 2011. Wiewiórki donoszą o długach w kwocie około dwóch milionów złotych i jest to raczej wersja optymistyczna. Mam przeświadczenie, że finanse Związku ciągle są prowadzone chaotycznie. Nie wiem czy ktoś zna kwotę, jakiej PZKosz potrzebuje na roczne funkcjonowanie, nie wiem też czy ktoś wie, jakie ma stałe wpływy. Dla mnie to podstawa tworzenia budżetu. Na Ciołka ciągle czekają na „złoty strzał”. Ciągle liczy się na firmę, która za jednym razem zapewni spłatę długów i środki na bieżące działanie. Tak jak było to z firmą Prokom za czasów Romana Ludwiczuka. Słowo „zasypać” z lubością jest odmieniane w każdy możliwy sposób przez Prezesa PZKosz. Nie wiem czy uda się to wykonać. Z jednej strony życzę tego serdecznie, z drugiej strony obawiam się, że jeżeli się uda to znów nie zostanie przeprowadzona restrukturyzacja wydatków. Strategia szukania jednego wielkiego kontraktu jest mi obca. Zawsze imponowały mi kluby, które opierały się na wielu mniejszych sponsorach. Taka strategia jest stabilniejsza. Jest też bardziej zależna od wykonanej pracy. Tej pracy ciągle mi w PZKosz brakuje. Nie widzę by ktoś podejmował działania zmierzające do stworzenia atrakcyjnego produktu. Ciągle mało jest działań zmierzających do pozyskiwania barterowych partnerów. Dla mnie kluczem do sukcesu jest mozolne pozyskiwanie kolejnych partnerów oraz optymalizowanie wydatków. Elementem tej pracy musi być także obsługa długu. Mam wrażenie, że osoby zarządzające Związkiem są do dziś pod wrażeniem serialu Janosik. W ekonomi nie ma jednak miejsca na oceny moralne. Z uwagą przeczytałem oświadczenie PLK i PZKosz sugerujące, że firmy te będą spłacać zaległości wobec korespondentów z bieżących płatności wobec firmy Gryka Serwis. Nawet student pierwszego roku prawa wie, że nie jest to możliwe bez wyroku sądowego. Po co więc takie oświadczenia? O dziwo bez oświadczenia została sprawa długów Związku. Prezes PZKosz wolał się podpisać pod oświadczeniem PLK (zupełnie nie wiem, po co?) ale nie starczyło mu odwagi by przyznać się do własnych długów. Oczywiście wygodnie jest tłumaczyć się nieudolnością poprzednika. Bachański sprytnie zapomina, że był członkiem poprzedniego Zarządu. Zapomina też, że PZKosz nie wywiązuje się także z tych zobowiązań, które podjął już pod kierownictwem nowego Zarządu. Od samego początku byłem zwolennikiem jasnego poinformowania środowiska o sytuacji Związku. Przecież nowy Zarząd nie tylko zastał pustą kasę, ale też wiele zobowiązań do spłacenia. Niestety bilansu otwarcia oficjalnie nie zrobiono. Dziś mówienie „to oni” nie brzmi więc wiarygodnie. Trudno też rozgraniczyć ile z obecnych długów jest zasługą obecnego a ile poprzedniego Zarządu. Zarząd rządzi już ponad osiem miesięcy. Moim zdaniem zmiany są zbyt wolne, ale nie można ich nie dostrzec. Szczególnie w ostatnich tygodniach. Ogłoszenie strategii wprowadzania nowych technologii, nowy system ESOR, nowa strona internetowa – to bilans ostatnich dni. Zapowiedź intensyfikacji pracy Zarządu już jest, zaraz pojawią się nowe koncepcje pracy Wydziału Sportowego, potem reorganizacja biura. Wiele z tych zmian budzi moje wątpliwości, ale z krytyką wstrzymam się do momentu, gdy ich kierunek stanie się jasny, gdy będzie można ocenić czy rzeczywiście „lepiej późno niż wcale” ;). Strona internetowa pozostawia ciągle wiele do życzenia. Nawigacja jest kiepska. Prezentacja rozgrywek młodzieżowych całkowicie nieczytelna. Archiwalne wyniki rozgrywek młodzieżowych też są nieczytelne. Jest jednak plus. W ferworze walki z wieloma poprawkami autorzy zdążyli zrobić sesję zdjęciową Prezesowi. On jeden nie ma już zdjęcia zrobionego zaraz po wyborach, ma też „fajną” fotkę z piłką, która ilustruje informację o pracy Zarządu :). Na 29 października zwołane zostało spotkanie Zarządu PZKosz i Prezesów WZKosz. To dobra wiadomość. Nie przypominam sobie by w przeszłości nowy Zarząd czekał aż tyle czasu ze spotkaniem z wojewódzkimi Związkami. Idąc do władzy Grzegorz Bachański chciał się opierać na współpracy z WZKosz. To właśnie lekceważenie tych struktur było jednym z największych błędów poprzednika. Jednym z tematów ma być wypracowanie umowy między PZKosz i WZKosz. Umowy tej nie ma już cztery miesiące. W strukturze PZKosz to olbrzymi problem. Zupełnie nie rozumiem, czemu do tego dopuszczono. Zresztą zwłoka będzie dłuższa, bo w programie spotkania jest powołanie jakiejś komisji, która ma się tym zająć, więc mniemam, że potrwa to jeszcze przynajmniej do końca roku. Czas nam błyskawicznie ucieka. Trudno zarzucić PZKosz bezczynność, ale też trudno nie zauważyć, że w wielu sprawach opóźnienia są olbrzymie. Mam bolesne przeświadczenie, że PZKosz nie potrafi rozdzielić stałych działań organizacyjnych od akcyjnych projektów. W POZKosz takimi akcyjnymi projektami są organizacja Meczu Gwiazd, wyjazdy kadr wojewódzkich czy organizacja turniejów EEGBL i EYBL. Takie akcje nie mogą rzutować na bieżące rozliczanie dotacji, organizację rozgrywek czy współpracę z naszymi partnerami. Ta bieżąca działalność daje nam podstawę funkcjonowania. PZKosz ma jeszcze więcej tych codziennych działań. Wiele z obecnie wprowadzanych zmian dotyczy właśnie tej sfery. Wiele z nich można było wprowadzić pół roku temu. Niestety najpierw był Eurobasket kobiet, potem występy reprezentacji, Eurobasket mężczyzn. Te „akcje” zepchnęły na drugi plan potrzebę reform. Powodem jest przestarzała koncepcja zarządzania. Zamiast niezależnych kierowników poszczególnych działów mamy „demokratyczną anarchię”. Każda, nawet najmniejsza, decyzja podejmowana jest przez Zarząd. W dodatku decyzje te są wielokrotnie odwlekane. Tak się nie da zarządzać tak wielkim stowarzyszeniem. Szczególnie nie da się tak zarządzać stowarzyszeniem, które potrzebuje wielopłaszczyznowych reform. A przecież decentralizacja decyzji była jednym z punktów programu „Nowego PZKosz”… Może warto go jeszcze raz przeczytać?
poniedziałek, 03 października 2011
Ciężko patrzeć na to, co się dzieje z moją ukochaną dyscypliną. Zmiany, na które większość z nas czekała z utęsknieniem nie przynoszą spodziewanych efektów. „Nowy PZKosz” który miał być przede wszystkim zmianę jakościową jest w efekcie jedynie zmianą personalną. Widzę tryumfujące miny moich adwersarzy z ostatniej kampanii wyborczej, wielu uśmiecha się z dumą – „a nie mówiłem”. Nie potrafię zrozumieć takiej postawy. Ktoś, komu bliska jest koszykówka nie może wyznawać zasady „im gorzej tym lepiej”. Oczywiście ciężko jest polemizować dziś z przeciwnikami prezesury Grzegorza Bachańskiego. Sam nie ukrywam, że jestem nią bardzo rozczarowany. Nie jestem naiwnym chłopcem i doskonale zdawałem sobie sprawę z różnicy między planami a rzeczywistością. Zawsze jednak uważałem, że lepsze są błędy wynikające z działania niż te wynikające z zaniechania. Niestety „Nowy PZKosz” to w dużej mierze grupa ludzi bez jakiegokolwiek większego doświadczenia w zarządzaniu. W dodatku po poprzednikach otrzymali Związek w stanie agonalnym. Jak wie każdy, który brał udział w szkoleniu pierwszej pomocy, w takich momentach liczy się każda sekunda. Niestety czas przecieka nam między palcami a zmian nie ma lub są iluzoryczne. Znów istotniejsze są problemy „dworu” niż problemy poddanych. Rządzący tracą energię tropiąc inspiratorów tekstu Łukasza Ceglińskiego zamiast skoncentrować się na analizie słuszności zawartych tam tez. Prezes coraz częściej wykazuje syndrom oblężonej twierdzy uporczywie szukając osób ponoszących winę za jego działania. W sprawie Asseco Prokomu usiłował zasłonić się Jackiem Jakubowskim, w innych działaniach próbuje stosować zasadę „dziel i rządź” bez skrupułów oczerniając poszczególnych członków Zarządu. W zależności od sytuacji winny jest Lesiński, Kassyk, Chomicz czy Staniczek. Oczywiście wszystko to w białych rękawiczkach. W korytarzach PZKosz często pobrzmiewa prezesowe „tylko zostaw to dla siebie”. Prezes zajmuje się rozgrywkami personalnymi (vide Kolegium Sędziów PZKosz). Pasjonuje go polityka. Jest przekonany, że kluczem do sukcesu jest podlizywanie się politykom. Tymczasem realnych działań brak. Pytany o przyczynę takiego stanu rzeczy tłumaczy się zależnie od sytuacji Mistrzostwami Europy, startami kadry czy badaniem sytuacji po wyborach. Nie rozumie, że tak duża firma nie może pracować w systemie akcyjnym. Bez zorganizowania zaplecza spokojnie prowadzącego bieżącą działalność Związku nie da się na dłuższą metę funkcjonować. W zapomnienie poszły ideały zawarte w programie „Nowego PZKosz”. Koszykówka nie jest już towarem, strategia marketingowa to dziś znów liczenie na życzliwość Ryszarda Krauze. By ratować swój wizerunek PZKosz ogłosił program wprowadzania nowych technologii. Oczywiście wybrał świetny moment, bo zaraz po kolejce II ligi, z której nie można było znaleźć statystyk na stronie Związku. Wytłumaczeniem było dopracowywanie szczegółów nowej strony by mogła ruszyć bez wpadek. Ruszyła tydzień później. Gdy wszedłem na stronę zdrętwiałem. W moim okręgu odbył się przewrót :). Na stronie Związku znalazłem informację, że Prezesem Zarządu POZKosz jest… Grzegorz Bachański.
Patrzę dalej… Skład Zarządu PZKosz dość znajomy, choć… trzyosobowy. Tu obok Bachańskiego rządzą Bielak i Chomicz… choć optycznej różnicy nie widać.
W rozgrywkach młodzieżowych informacje delikatnie mówiąc dziwne. Szukam danych Wojewódzkich Związków i tu miłe zdziwienie… jesteśmy jedynym działającym okręgiem w Polsce, danych innych WZKosz próżno szukać. Próżno też szukać informacji o kadrach narodowych, archiwalnych informacji brak lub są szczątkowe. Ma się nieodparte wrażenie, że stronę zrobił ktoś na kolanie, w dodatku ktoś, kto o działalności PZKosz ma mierne pojęcie. Ktoś powie, że się czepiam. Koordynator ds. rozwoju na pewno znajdzie nawet część mojej winy w takim stanie strony PZKosz. Dla mnie ta sytuacja to kolejny smutny przykład działań „Nowego PZKosz”. Aż ciśnie się na usta „nie o take Polske walczyłem”. Znalazłem jednak na nowej stronie coś ciekawego. W dziale „Federacja” znalazłem pozycję „Misja”. Naiwnie założyłem, że znajdę tu wytłumaczenie obecnych działań. Być może, chociaż archiwalny już program „Nowego PZKosz”. Klikam i… pusta strona. Misji brak. Cóż trudno się dziwić, od wyborów minęło dopiero osiem miesięcy. Jest jeszcze czas na działania… duuużo czasu.
sobota, 03 września 2011
Cóż można napisać… Po raz kolejny okazało się, że stara prawda „szanuj szefa swego możesz mieć gorszego” jest słuszna. Daleko mi wprawdzie jeszcze do stwierdzenia, że zmiana, Ludwiczuka na Bachańskiego była zmianą na gorsze. Zderzenie z rzeczywistością okazało się bardzo bolesne. Z punktu widzenia Sekretarza Generalnego czy Członka Zarządu kierowanie Związkiem wyglądało łatwo. Grzegorz uległ iluzji, że wystarczy uwiesić się u odpowiedniej klamki i problem zostanie rozwiązany. Niestety okazało się, że nie jest to takie proste. Łatwo było opowiadać o nowoczesnym podejściu do marketingu sportowego. Przez siedem miesięcy Grzegorz Bachański i Zarząd, którym kieruje nie byli w stanie zatrudnić ludzi, którzy mogliby zająć się profesjonalnie pozyskiwaniem pieniędzy do Związku. Teraz zbieramy tego owoce. Braki w kasie obnażają brak pomysłu na działanie Federacji. Sytuacja staje się z minuty na minutę coraz bardziej poważna. Myślę, że nikt dziś nie potrafi powiedzieć, jaki jest dług PZKosz, nikt nie wie, w jakim tempie przyrasta. Ciągle słychać, że już za chwilę pojawi się wielki sponsor, mijają jednak kolejne okazje a sponsora ciągle nie ma. Organizowaliśmy ME kobiet. Ktoś może powiedzieć, że niepotrzebnie… Była to jednak świetna okazja do pozyskania sponsora. Potem ME U-18, które cieszyły się niebywałym zainteresowaniem mediów. Na obu imprezach nie było sponsora, nie było też reklam na strojach kadry. Kolejną okazją miał być występ naszej kadry na Litwie. Okazało się jednak, że tu też o sponsora nie łatwo. W efekcie postanowiono przehandlować system rozgrywek PLK. Ciekawi mnie tylko czy inicjatywa wyszła od firmy Prokom czy też ktoś usiłuje uszczęśliwić kogoś na siłę. Jestem też ciekawy, czy otrzymane pieniądze cokolwiek zmieniają czy są jedynie kroplą w morzu potrzeb. Komunikat ogłaszający decyzję jest bardzo ciekawy. Z jednej strony jego treść jest żenująca. Ktoś, kto go napisał chciał chyba jeszcze bardziej rozjuszyć kibiców. Z drugiej strony znamienne jest rozmycie decyzji. Tak naprawdę nie wiadomo, kto ją podjął. Jestem ciekaw czy Zarząd PZKosz podjął w tej sprawie jakąś uchwałę. Jeżeli tak to może warto zapytać, kto był za jej podjęciem. Tu także w kuluarach plotkowano, że przekładanie ogłoszenia decyzji spowodowane było brakiem większości w Zarządzie, która mogłaby podjąć odpowiednią uchwałę. Efekt decyzji mógł być tylko jeden. W internecie wrze. Resztki sympatii mediów dla nowej ekipy bezpowrotnie przepadły. Na oficjalny protest zdecydował się Trefl Sopot. Wielokrotnie różniliśmy się w wielu sprawach z Prezesem Wierzbickim, ale w tym przypadku podpisuję się pod Jego listem oboma rękami. Ciekawe, jakie będzie stanowisko innych klubów. Ciekawe czy głos zabierze sponsor ligi. Być może ponownie odezwie się Minister Sportu, który poprzednio interweniował w podobnej sytuacji. Być może psy poszczekają a karawana pójdzie dalej. Jaka jednak będzie wiarygodność nowych władz Związku? Czy warto było poświęcać to dla doraźnej korzyści? Wiem, że tonący brzytwy się chwyta, ale mam wrażenie, że tym razem pływak nie zauważył, że do brzytwy jest przytroczony jeszcze kamień ;).
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Bardzo ciekawy tekst opublikował dziś Łukasz Cegliński. Wiele poruszonych tam spraw jest mi bardzo bliska. Jest też fragmencik o mnie. Zgadzam się z większością zawartych tam tez, być może w kilku przypadkach inaczej sformułowałbym zdania, ale meritum jest niezmienne. Czytałem ostatnio program „Nowego PZKosz”, program, który popierałem w wyborach. Analizując ten program punkt po punkcie ciężko znaleźć te punkty, które zostały zrealizowane, trudno nawet znaleźć punkty, które zaczęto realizować. Rzeczywistość zawsze jest trudniejsza niż się wydaje. Jest wiele obiektywnych czynników, które uniemożliwiły pewne działania. Mnie martwi to, że nie zostało zrobione to, co zrobione być mogło. Być może kiedyś trzeba pokusić się o taką analizę na piśmie. Nie mam teraz na to teraz czasu i ochoty. Cieszę się, że ktoś o tym napisał, bo problem jest ciągle ten sam. Reformy są niezbędne. Nie mam zamiaru stać z boku i cieszyć się, bo „im gorzej tym lepiej”. Nie ma jednej drogi do sukcesu. Być może droga powolnej ewolucji jest lepsza niż nagła rewolucja. Oby tak było,bo polskiej koszykówki nie stać na kolejne cztery lata stagnacji. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||