|
czwartek, 17 maja 2012
Półfinały młodziczek były ostatnimi kwalifikacjami do fazy finałowej Mistrzostw Polski w tym roku. Można pokusić się o małe podsumowanie. Najwięcej drużyn do fazy finałowej wprowadziło Pomorze, aż 15 drużyn (10 męskich i 5 żeńskich) reprezentowało lub będzie reprezentować to województwo w finałach. Drugie miejsce w tej kategorii przypadło Dolnemu Śląskowi i Mazowszu, które w finałach reprezentować będzie po 11 drużyn odpowiednio 7/4 i 5/6. Kolejne miejsca zajęły: wielkopolskie 8 (3/5), kujawsko-pomorskie 6 (4/2), łódzkie 6 (2/4), po 3 zespoły wprowadziły podkarpackie, małopolskie, lubuskie, 2 zespoły – lubelskie, po jednej ekipie zachodniopomorskie, podlaskie, warmińsko-mazurskie i śląskie, bez finalistów zostały opolskie i świętokrzyskie. Oznacza to, że „Północ” znów zdominowała „Południe” 49:23. Finały juniorek były czwartymi rozegranymi w tym roku finałami. Medalami dzielą się jak na razie: Pomorze – 7 medali (1-3-3), Wielkopolska – 4 medale (2-1-1) i Dolny Śląsk 1 medal (1-0-0). W miniony weekend zakończyły się półfinały Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży. Od dłuższego czasu twierdzę, że obecny system rozgrywek jest całkowitą pomyłką. W Polsce rozegrano 24 spotkania. Jedynie 3 z nich zakończyły się wynikiem niższym niż 10 punktów różnicy. Niestety aż 12 spotkań to różnica 30 punktów i większa. W rozegranych nieco wcześniej półfinałach kobiet bilans był podobny 3 mecze poniżej 10 punktów i aż 14 meczów z różnicą 30 i więcej punktów. Oglądałem turniej w Kwidzynie, gdzie dopiero ostatniego dnia rozgorzała prawdziwa walka. Uważam, że wielką krzywdą dla drużyn z Warmii i Mazur oraz Podlasia jest brak możliwości rywalizacji z ekipami z podobnego poziomu sportowego. Ciągle nie potrafimy zrozumieć, że jednostronne mecze niczego nie uczą. Niczego nie uczą zwycięzców i niczego nie uczą przegranych. Dopiero mecze drużyn podobnej klasy pokazują, co są warci najlepsi gracze. Wiem, że trudno o taki system na poziomie klubowym, można się jednak o niego pokusić na poziomie półfinałów OOM. Proponowałem by pójść śladami FIBA i grać Dywizję A i Dywizję B. W OOM występuje osiem najlepszych drużyn, więc przykładowo dwie ostatnie (lub jedna to do uznania) spadałaby w Dywizji A rozgrywany równolegle turniej dla pozostałych drużyn wyłaniałby ekipę do awansu. Ktoś powie, że różna jest siła roczników, to prawda, ale w końcu musimy zacząć promować systematyczną pracę, zresztą 90 procent ekip w finałach OOM i tak się powtarza. Jeżeli chcemy to można rozegrać dodatkowy baraż między spadkowiczami i awansującymi. W ten sposób każdy grałby z ekipami podobnego poziomu, jeżeli chcemy to można dodatkowo rozegrać te turnieje dwa razy by uniknąć przypadku, a dodatkowo dać ekipom kolejne dobre mecze. W Poznaniu zakończyły się finały juniorek. Kolejny medal dla Pomorza zdobyły koszykarki GTK Gdynia. Wielkie gratulacje dla trenera Bartka Słomińskiego i dziewczyn! Cieszy mnie dodatkowo fakt, że osiem z czternastu zawodniczek VBW GTK występowało w kadrze Pomorza. To potwierdza prawidłowość naszej pracy. Pomorza zawsze było silnym ośrodkiem koszykówki młodzieżowej, ale cieszy mnie, że teraz coraz częściej o sile naszych ekip stanowią wychowankowie pomorskich klubów. Grając na najwyższym poziomie nie da się uniknąć wzmocnień z innych klubów, ale ważne jest, że coraz częściej są to uzupełnienia a nie trzon „medalowych” ekip. Cieszy także fakt, że w naszym regionie pracuje tak wielu znakomitych trenerów. Cieszy fakt, że właśnie tu znaleźli właściwe warunki do pracy. Za kilka dni w Hotelu Sheraton odbędzie się Gala Koszykarska gdzie nagrody otrzymają wyróżniający się gracze, trenerzy oraz firmy wspierające koszykówkę. Już dziś można nam pozazdrościć dylematu, kogo nagrodzić – Rafała Knapa (złoto i brąz MP), Marcina Lichtańskiego (srebro i brąz MP), Roberta Jakubiaka (srebro MP) czy Bartosza Słomińskiego (srebro MP). Podobnym kłopotem bogactwa jest wybór między Danielem Szymkiewiczem (MVP MP juniorów) i Kacprem Borowskim (wybranym do piątki All Star MP juniorów i MP juniorów starszych). Oby w każdym okręgu działacze stawali przed takimi dylematami. Siła pomorskiej koszykówki nie każdemu się podoba. Nie każdemu się podoba nasza niezależność. Zawsze z uwagą słuchamy głosów krytyki, bo ze słuchania pochwał trudno o asumpt do dalszego rozwoju. Daleki jestem od odmawiania prawa głosu komukolwiek. Sam zresztą lubię krytykować działania innych ;). Zawsze będę jednak cenił głownie głos ludzi, którzy coś w życiu osiągnęli. W polskiej koszykówce jest wiele osób, którzy na skalę miasta, powiatu czy regionu wykonują znakomitą pracę. Wielu ludzi sukcesy osiągnęło poza sportem i chcą do sportu przenieść doświadczenia tam nabyte. Jest jednak także grupka osób uczepiona pańskich stołów, która żyje mirażem własnej świetności, dla tych osób ciężko mi zdobyć się na uznanie. Oni, zamiast krytykować czy oceniać innych, niech najpierw udowodnią, że sami potrafią coś zrobić dla koszykówki.
czwartek, 10 maja 2012
Maj to dziwny okres w polskiej koszykówce. Koszykarze walczą w półfinałach Tauron Basket Ligi, koszykarki zakończyły już sezon ligowy, trwają kolejne młodzieżowe turnieje, reprezentacje jeszcze nie rozpoczęły przygotowań. Okres quasi ogórkowy, a mimo to dochodzi do mnie wiele ciekawych wieści. Coraz głośniej słychać o biedzie w PZKosz. Prezes Bachański ciągle tryska optymizmem, ale telefony związkowe niespodziewanie umilkły z powodu niezapłaconych faktur. Nadal nie widać dobroczyńcy chcącego pokrywać rozbuchane wydatki działaczy z Ciołka. Prawdziwym kuriozum jest brak protokołów meczowych spowodowany… długami w drukarni. Jak długo jeszcze można zamykać oczy na fakty? Nie twierdzę, że wokół roi się od osób z genialnymi pomysłami na poprawę sytuacji PZKosz, ale polityka zaklinania rzeczywistości nikomu jeszcze nie pomogła. Już za momencik zaczną się przygotowania kadr narodowych. Kadry młodzieżowe zostały „ograbione” z pieniędzy do granic absurdu. Wszystkie środki zostały skierowane na przygotowania seniorek i seniorów. Wiem, że reprezentacje seniorskie są wizytówką koszykówki, ale nijak nie mogę się pogodzić z faktem, że młodzież jest odstawiana na boczny tor. POZKosz organizował ostatnio Superfinał EYBL i EEGBL, impreza młodzieżowa, w której biorą udział drużyny z 10 krajów jest idealnym miejscem do obserwacji potencjału rywali. Turniej obserwowali trenerzy kadr, ale sami musieli pokryć koszty podróży, zakwaterowanie i wyżywienie opłacił nasz Związek. Komornicy obsiedli konto Związku. Reakcją Prezesa PZKosz nie jest próba negocjacji z wierzycielami czy spłacanie długów, reakcją jest wyprowadzenie ze Związku praw reklamowych do reprezentacji. Prawa wyprowadzono do spółki prawa handlowego powołanej jeszcze przez poprzedniego Prezesa. Ruch ten próbuje się ubrać w znamiona profesjonalizmu, jest to tymczasem zwykłe działanie na szkodę wierzycieli. Prezes liczy, że w ten sposób ocali wpływy z reklam przed komornikami, choć oficjalnie mówi się o możliwości odzyskania podatku VAT. Autorzy pomysłu poruszają się na granicy prawa. Uchylanie się od egzekucji komorniczej jest niezgodne z prawem. Dotyczy to zarówno wyprowadzanie z firmy pieniędzy jak i praw niematerialnych. PZKosz ciągle nie ma wizji dalszego funkcjonowania. Nikt nie myśli, co i jak budować. Najpierw gaszono pożary, teraz taktyka polega na twierdzeniu, że nic nie płonie ;). Szokuje mnie naiwność niektórych członków Zarządu, którzy wierzą Prezesowi Bachańskiemu tak jak niegdyś Prezesowi Pałusowi. Długi rosną. Co gorsza produkt też jest coraz bardziej nieatrakcyjny. Tegoroczne Mistrzostwa Polski odbywają się bez jakiejkolwiek pomocy Związku. PZKosz nie potrafi nawet stworzyć serwisów informujących o tych imprezach. Przepraszam jest pomoc, PZKosz opracowuje logosy imprez. To prawdziwa kpina. Logos MP juniorek od logosu MP kadetów różni się… kolorem :). PZKosz nie będzie robił koszykówki 3x3, na szczęście znaleźli się zapaleńcy z Poznania, którzy to zrobią. Podobnie jest z Akademią Trenerów reaktywowaną przez grupę zapaleńców, którzy od PZKosz dostali… błogosławieństwo. Trwają młodzieżowe Mistrzostwa a tu dla nas same pozytywne wieści. W juniorach starszych dwa medale, w juniorach trzy, w kadetach trzy zespołu w finale, w młodzikach dwa, w juniorkach GTK Gdynia już w czwórce, w kadetkach w finałowej dwunastce, za chwilę do boju ruszą młodziczki. Nasz kadra dziewcząt z pierwszego miejsca awansowała do finałów OOM, chłopcy zaczynają bój jutro. Turniej w Człuchowie pokazał siłę naszego Związku. Okazało się, że można zrobić witrynę turnieju, zapewnić serwis zdjęciowy, przeprowadzić transmisję video. Wielu naszych gości nie mogło się nachwalić turnieju. To wszystko zasługa zespołowej pracy. Nam się udało stworzyć zespół ludzi, którzy mają jeden cel. Podczas spotkania z władzami Ligi Europejskiej padły znamienne słowa, nasz sukces zaczyna się od tego, że sobie nie przeszkadzamy! Być może kluczem do sukcesu jest fakt, że w naszym Zarządzie większość osób to trenerzy, drugą grupą są osoby z doświadczeniem biznesowym i samorządowym. W Zarządzie PZKosz największa grupa to sędziowie i komisarze. Trener jest jeden (emerytowany), ludzie z biznesu to też mniejszość. Pozostawmy autoreklamę. Trwają Mistrzostwa Polski. Dominują w nim zespoły z Pomorza, Wielkopolski i Dolnego Śląska. W juniorach starszych i juniorkach starszych wszystkie medale przypadły tym województwom, tak samo było w juniorach, pewnie podobnie będzie w juniorkach. PZKosz nie potrafi aktywizować innych regionów. Trwa kryzys małopolskiej koszykówki. W zakończonych finałach brak było zespołów z tego regionu. Dopiero w kadetkach znajdą się dwie ekipy w finale. Jeszcze gorzej jest na Śląsku, niewiele lepiej jest z łódzką koszykówką. Trwa też kryzys basketu w Warszawie. Wprawdzie ekipy z Mazowsza dochodzą do finałów, ale w U-20 i U-18 o medalach można było tylko pomarzyć. Jest ot bardzo smutne, bo przedstawiciele tych Związków odgrywają ważną rolę w Zarządzie PZKosz. Jak mamy być spokojni o szkolenie w PZKosz skoro kieruje nim Prezes Kassyk, za którego rządów małopolski basket sięgnął dna. Sezon reprezentacyjny coraz bliżej tymczasem trwa zła passa trenerów reprezentacji. Iwona Jabłońska, opromieniona brązem Mistrzostw Europy U-20, z MUKS Poznań spadła z PLKK, Adam Ziemiński, po znakomitych ME w Rumunii, zanotował słaby sezon z Artego Bydgoszcz i klub podziękował mu za współpracę. Wreszcie więcej czasu dla kadry będzie miał Janusz Wierzbicki, którego GKK Gorzów Wielkopolski spadł w drugiej ligi męskiej. Z Ligi spadł też SMS PZKosz Władysławowo, tam pracuje drugi trener kadry U-15. Znacznie lepiej wypadł SMS Łomianki, ale w efekcie żadna z jego zawodniczek nie gra obecnie w Poznaniu, bo wszystkie kluby z koszykarkami SMS zakończyły swoją przygodę w półfinale. Do kompletu trzeba jeszcze dodać Arka Miłoszewskiego, który został bez pracy po plajcie Politechniki. Porażki trenerów to jednak tylko sport. O sezon reprezentacyjny byłbym spokojny gdyby nie obcięte do granic rozsądku przygotowania. Mam jednak nadzieję, że mamy dość utalentowanej młodzieży i dość świetnych szkoleniowców by mimo totalnej zapaści Związku móc oczekiwać, że w lipcu i sierpniu znów będziemy się cieszyć z sukcesów naszych młodych koszykarek i koszykarzy. Mam też nadzieję, że tym razem Związek zadba o to by o tych sukcesach dowiedzieli się też inni. Wbrew pozorom koszykówka nie kończy się na reprezentacji seniorskiej i to w dodatku tylko męskiej.
poniedziałek, 07 maja 2012
Dziś zakończyła się moja współpraca z 2takty.com. Nowy portal koszykarski zajmuje się zupełnie inną koszykówką niż ta, która mnie interesuje. Nie widzę dalszego sensu pisania tekstów o młodzieżowej i polskiej koszykówce na portalu, który zajmuje się tylko i wyłącznie NBA i PLK. Wiem, że wielu kibiców potrzebuje takiego medium. Nie przeczę, że koszykówka na najwyższym poziomie jest łatwiejszym towarem do sprzedania, miałem jednak nadzieję, że redakcja portalu doceni też basket młodzieżowy. Tak się jednak nie stało, więc nasze drogi się rozchodzą. Życzę dwutaktom jak najlepiej i z ciekawością będę obserwował ich rozwój, ja wracam na platformę blox.pl, tu zamieściłem teksty znane z 2takty.com, tu będę pisał kolejne :).
O utworzeniu Akademii Trenerów wiem od kilku miesięcy. Jestem sceptycznie nastawiony do tego przedsięwzięcia, bo w inny sposób postrzegam problemy polskiej koszykówki. Nie martwi mnie lokalizacja przedsięwzięcia. Wprawdzie, zapewne lepiej, było przeprowadzić je z jakąś prestiżową uczelnią, ale też trzeba pamiętać, że do „tanga trzeba dwojga”, a koszykówka nie jest ostatnio atrakcyjnym partnerem. Nie martwi mnie, że Rektorem szkoły w Koninie jest Wiceprezes PZKosz. Nie widzę w tym nic zdrożnego. Oczywiście PZKosz z wrodzonym talentem usiłował zataić ten fakt, co podkreśla doskonałą politykę medialną Związku. Sam program kształcenia brzmi interesująco, choć słusznie zauważył Jakub Kasprzak, że jak się dobrze wczytać to widać brak długofalowej koncepcji.
Naprawdę martwi mnie coś innego. Znów tworzymy elitarną szkołę supermenów. Znów otwieramy program dla wybranych. To mnie martwi bardzo. Moim zdaniem najważniejszym problemem polskiej koszykówki jest brak popularności. Priorytetem powinno być maksymalne upowszechnienie basketu a nie tworzenie kolejnej hodowli brojlerów. Tymczasem PZKosz nie może się oderwać od swojego wąskiego spojrzenia na temat. Tak jak szkolenie młodzieży mają zapewnić dwie Szkoły Mistrzostwa Sportowego, tak szkolenie trenerów ma prowadzić jeden ośrodek. Rozumiem, że to zapewni kadry dla kadr, ale polska koszykówka to nie tylko kadry! Moim zdaniem umiejętności trenerskie polskich trenerów nie są problemem. Mamy naprawdę znakomitych szkoleniowców. Przez następne dziesiątki lat możemy być spokojni o szkolenie młodzieży na poziomie kadr narodowych. Nam brakuje trenerów pracujących na dole piramidy. A tam angielski czy marketing nie są najważniejsze. Tam trzeba wykonywać mrówczą pracę by przekonać do siebie lokalne władze, rodziców i dzieciaki. Trzeba szukać pieniędzy, trzeba organizować udział w rozgrywkach. To jest realny świat. Na dole piramidy kluby często mieszczą się w teczce trenera, który jest szkoleniowcem, logistykiem i księgowym w jednym. Tacy ludzie są podstawą naszego funkcjonowania, gdy ich zabraknie absolwenci Akademii Trenerów nie będą mieli, z kim pracować. Polskiej koszykówce brakuje managerów. Nie tych pracujących w klubach ekstraklasy, ale tych zdolnych ZORGANIZOWAĆ proces szkolenia w klubie młodzieżowym. Umiejących pisać wnioski grantowe, potrafiących pozyskiwać małych, lokalnych sponsorów. Kiedyś się zastanawiałem, jakie umiejętności wykorzystuję w codziennej pracy. To ciekawy konglomerat umiejętności marketingowych, znajomości prawa, księgowości, grafiki komputerowej, dziennikarstwa i wielu innych elementów. W klubie gdzie nie ma pieniędzy na nic, manager musi być wszystkim. Tacy ludzie decydują o klasie przedsięwzięcia. Wiedzą to w Gdyni, wiedzą w Poznaniu, Wrocławiu, Żyrardowie, Gorzowie Wielkopolskim, Bydgoszczy czy wielu innych ośrodkach. Wolałbym by PZKosz zaczął kształcić managerów koszykówki, zorganizował szeroką akcję szkoleniową dla trenerów pracujących z dziećmi, stworzył kampanię promocyjną koszykówki. Wolałbym pracę organiczną od szumnych przedsięwzięć. Wiem jednak, że łatwiej jest ogłosić otwarcie Akademii Trenerów, nawet jak nie wie się, po co się to robi i co dalej z jej absolwentami. PR ponad wszystko. Widać to w wypowiedzi Prezesa, który mówi, że jest to kolejne przedsięwzięcie „nie generujące olbrzymich zobowiązań”. Czyli zobowiązania generuje… tylko nie olbrzymie? Wielkim problemem polskiej koszykówki jest też system rozgrywek. Z ciekawością przeczytałem traktujący o tym tekst Michała Świderskiego. Dokładnie takie same propozycje wysuwałem pracując krótko w PZKosz. Rozmawiając z trenerami z różnych krajów widać tą zasadniczą różnicę. Tam zawodnik gra trzy-cztery zacięte mecze w miesiącu, u nas trzy-cztery takie mecze w roku. Obecny system zmusza dobre zespoły do gry ze słabymi. Oczywiście Polska to wielki kraj i zorganizować rozgrywki Szczecina z Rzeszowem czy Gdańska z Wrocławiem jest ciężko. Też chciałem wzorować się na lidze EYBL i przynajmniej w kategorii U-20 grać systemem turniejowym. Niestety większość środowiska problemu nie widzi. Wszystko oceniane jest przez pryzmat kosztów. My podobnie patrzeliśmy na problem, gdy pierwszy raz chcieliśmy zgłosić kadrę Pomorza do EYBL. Przerażały nas dalekie wyjazdy, strachem napawały nas koszty. Postanowiliśmy jednak spróbować. Dziś w lidze europejskiej gra sześć naszych zespołów. Nasze kadry grały w Moskwie, Sankt Petersburgu, Belgorodzie, Berdiańsku, Tallinie, Doniecku, Helsinkach i wielu innych miejscach. Na naszych dzieciakach nie robi wrażenia Litwin z Sabonisa czy Rosjanin z CSKA. Wiem, że kluby nie mają pieniędzy. Pytanie jednak brzmi czy lepiej wydawać te skromne środki na kilkanaście spotkań ze słabszymi czy lepiej zainwestować w kilka spotkań z silniejszymi. Zmiany proponowałem zacząć od kadr wojewódzkich. Chciałem zmiany systemu rozgrywek tak by nie grać ciągle w tych samych strefach gdzie dwa silne województwa rywalizują z dwoma słabymi. Założyłem, że na reprezentację regionu zawsze łatwiej jest znaleźć środki. Okazało się jednak, że konserwatyzm naszego środowiska jest olbrzymi i choć wszyscy głośno krytykują system punktowy to tak naprawdę właśnie te punkty liczą rozważając proponowane zmiany. Efektem są półfinały gdzie 2/3 spotkań kończy się wynikami powyżej 20 punktów różnicy. W kuluarach polskich hal krąży system zmian w rozgrywkach młodzieżowych. System ten jest dowodem oderwania Wydziału Sportowego PZKosz od rzeczywistości. Wprowadzenie trzyletnich kategorii jeszcze bardziej uszczupli i tak wąską grupę młodzieży trenującej koszykówkę. Przecież dzieciak chodzi na treningi by grać. A jak wywalczyć miejsce w składzie z trzy lata starszymi kolegami? Rozciągnięcie szkolenia młodzieżowego do 22 lat to tworzenie sztucznych ochronek dla graczy, którzy już dawno powinni grać w seniorskich zespołach. W końcu dostosowania systemu rozgrywek do systemu szkolnego spowoduje jeszcze ostrzejszy konflikt z rozgrywkami szkolnymi. Merytoryczność propozycji to jeden problem, drugim jest sposób jej wprowadzania. Znów planuje się zmiany w rozgrywkach nie rozmawiając z ich uczestnikami. Nawet Wojewódzkie Związki nie dostały oficjalnie tej propozycji by się wypowiedzieć. Znów o nas bez nas. Polska koszykówka ma wiele problemów. Cieszyć musi fakt, że coś się usiłuje robić. Szkoda, że brak szerokiej konsultacji środowiskowej tych planów. Znów jest „prawda objawiona” w gabinetach na Ciołka. Znów obawa przed krytyką swoich znakomitych pomysłów. Powiedzmy to głośno JEST ŹLE i wspólnie szukajmy drogi poprawy. Przecież wszyscy jedziemy na jednym wózku i wszyscy powinniśmy dbać by wózek ten nie wyleciał z torów na najbliższym zakręcie.
Czytając relację Łukasza Ceglińskiego z newsów zasłyszanych w warszawskich tramwajach, zaczynam żałować, że tak rzadko poruszam się środkami masowej komunikacji. Na szczęście my tu w Gdańsku mamy wiatr od morza i on też czasami przyniesie jakieś echa tego co się dzieje na świecie ;). Wiele przyniesionych przez wiatr wieści jest zgodnych z tymi zasłyszanymi w warszawskich tramwajach, to budzi silny niepokój. Na szczęście ten sam podmuch niesie z sobą dużą dawkę jodu, która uspokaja i pozwala skupić się na przyziemnych, pomorskich problemach. Ten spokój pozwala spojrzeć na problemy polskiej koszykówki zachowując niezbędny dystans.
Nawet spokojnie obserwując sytuację Polskiego Związku Koszykówki trudno powstrzymać się od krytyki. Krytyków jest jednak coraz więcej a skutków krytyki jak na lekarstwo. Może więc warto pokazać, że są inne drogi działania. Kiedyś na jednym z turniejów zostało mi zadane trudne pytanie „czemu na Pomorzu budowa silnej koszykówki się udaje a w wielu innych regionach nie”. To było ciężkie wystąpienie. Może jednak warto pokazać jak to się stało. Pomorze od wielu lat jest swoistą polską „zemlją kosarki”. Dzięki takim ludziom jak Mieczysław Krawczyk, Janusz Paturalski, Kazimierz Wierzbicki, Andrzej Twardowski i wielu, wielu innych Pomorze od lat reprezentuje w ekstraklasie kilka zespołów. Przez lata Lotos Gdynia i Prokom Trefl Sopot monopolizowały złote medale. To bez wątpienia stworzyło korzystny klimat dla rozwoju także tej koszykówki przez małe „K”. Trzeba jednak pamiętać, że mimo sukcesów seniorskich długi czas nasze młodzieżowe zespoły nie zaliczały się do krajowej czołówki. Gdy zaczynaliśmy pracę nad budową siły pomorskiej koszykówki mieliśmy, więc silne fundamenty, ale do końcowego sukcesu potrzebowaliśmy koncepcji i konsekwencji. Gdy Prezesem POZKosz został nieodżałowany Wojciech Pietkiewicz udało się stworzyć grupę ludzi, którzy potrafili wznieść się ponad klubowe interesy. To był warunek niezbędny sukcesu. Zaproponowaliśmy wiele zmian, wiele z nich było trudnych do przyjęcia dla klubów. Wiele klubów do dziś ma do nas żal o podjęte decyzje. Nigdy jednak nikt nam nie zarzucił stronniczości i faworyzowani jednych klubów kosztem innych. Boleśnie szczerze określiliśmy sytuację, w jakiej znajdował się Związek, ale też pokazaliśmy cele i powiedzieliśmy jak chcemy je osiągnąć. Z czasem plan działania zaczął ewaluować. Pojawiały się nowe cele, niektóre z wcześniej wyznaczonych okazywały się niezbyt istotne. Dziś jesteśmy w połowie drogi. Zreformowaliśmy rozgrywki. Stworzyliśmy szeroki program szkoleniowy. Funkcjonowanie naszych kadr wojewódzkich wielu uważa za wzorcowe. Wspieramy kluby uczestniczące w najmłodszych kategoriach rozgrywek. W żaczkach i zuchach POZKosz pokrywa większość kosztów sędziowskich. Udało się nam też stworzyć ligę okręgową seniorek, gdzie mogą swoją przygodę z koszykówką kontynuować zawodniczki pomorskich klubów. Związek wspiera finansowo udział drużyn pomorskich w fazie centralnej Mistrzostw Polski. Wiele pracy włożyliśmy w ustalenie odpowiednich standardów organizacji meczów w naszych rozgrywkach. Początkowo chcieliśmy wspierać udział naszych drużyn w rozgrywkach międzynarodowych, ale z czasem uznaliśmy, że skuteczniejsze będzie finansowanie udziału w nich najlepszych graczy poprzez kadry Pomorza. Program „Pomorze na europejskich parkietach” zaowocował dziś udziałem sześciu naszych ekip w lidze EYBL i EEGBL. Możliwość konfrontacji z najsilniejszymi ekipami naszej części Europy wydatnie przełożył się na poziom sportowy naszych kadr i naszych zespołów. Dziś wszystkie nasze czołowe zespołu swoją grę opierają na zawodniczkach i zawodnikach mających za sobą międzynarodowe doświadczenia w barwach kadry Pomorza. Sukcesy naszych drużyn młodzieżowych są oczywiście sukcesami klubów. Z wielką radością zauważamy jednak, że coraz częściej zespoły te są oparte na wychowankach. Cieszymy się, że niezdrową rywalizację w wielu przypadkach zastąpiła wola współpracy, dzięki której najwybitniejsi gracze nie muszą szukać swojej szansy w zespołach w innych części kraju. Rozgrywki europejskie wymusiły na nas profesjonalizację na wielu płaszczyznach. Dziś POZKosz ma stałych partnerów dostarczających nam sprzęt sportowy, odżywki czy leki. Dysponujemy opieką medyczną na najwyższym poziomie, dzięki czemu możemy zapewnić naszym graczom szybką diagnostykę i profesjonalne leczenie. Także wiele innych dziedzin naszego funkcjonowania opiera się na stałych kontaktach i partnerskich umowach. Oczywiście mamy też sponsorów, choć ciągle gro środków pozyskujemy ze źródeł publicznych. Prowadzimy wiele projektów finansowanych przez Samorząd wojewódzki, samorządy lokalne i Ministerstwo Sportu i Rekreacji. Wiele zrealizowanych i prawidłowo rozliczonych projektów sprawia, że staliśmy się wiarygodnym partnerem dla podmiotów publicznych. To ułatwia realizację kolejnych pomysłów. Chcąc dalej propagować koszykówkę stworzyliśmy program upowszechniania koszykówki KOSZ-MANIA. Dziś uczestniczy w nim ponad 20 szkół, w których trenuje ponad 600 dzieci. To nas nie zadowala i w najbliższym czasie będziemy chcieli rozbudować ten projekt. Prowadzimy cykliczne szkolenia dla trenerów. Organizujemy turnieje o zasięgu krajowym i międzynarodowym. Właśnie za kilka dni w Człuchowie będziemy gościć dwa Superfinały Młodzieżowej Ligi Europejskiej w koszykówce. W turnieju weźmie udział 17 drużyn z Rosji, Białorusi, Ukrainy, Estonii, Litwy, Łotwy, Bułgarii, Hiszpanii, Finlandii i Polski. Będzie to olbrzymia impreza. Będzie to także kolejny sprawdzian naszych możliwości. Jak wspomniałem jesteśmy w połowie drogi. Bardzo dużo rzeczy zostało nam jeszcze do zrobienia. Ciągle pracujemy nad stabilnością finansową. Choć w minionych latach nasz budżet wzrósł ponad 30 razy i powoli sięga granic wymaganych przez PLK ;) to koszty naszej działalności są także ciągle rosnące. Zmieniamy naszą stronę internetową. Dotychczasowa formuła się już przeżyła. Nowa witryna, media społecznościowe, patronaty medialne, organizacja dużych imprez mają być filarem naszej strategii marketingowej. Chcemy podnieść jakość tworzonego przez nas produktu by móc go jeszcze korzystniej sprzedawać. Powoli rozbudowujemy zespół ludzi pracujący nad naszymi projektami. Cały czas dbamy by byli to ludzie, dla których wartością jest pomorska koszykówka a nie interes jednego czy drugiego klubu. Rozbudowa administracji ma służyć większej specjalizacji. Każda z osób ma być odpowiedzialna za swój wycinek działalności. Dziś już nie jest, bowiem możliwe by ktoś skupiał w swoim ręku wszystkie elementy działalności naszej organizacji. Nasze kadry muszą być jeszcze bardziej profesjonalne. Myślimy o nowych projektach, między innymi chcemy aktywnie włączyć się w nurt koszykówki 3x3. Oczywiście cały czas chcemy też dbać o nasze kluby. To w końcu te kluby i ludzie w nich pracujący są naszym największym kapitałem. Nowy system informatyczny ma być właśnie dla klubów. Ma im ułatwić załatwianie wszelkich spraw, tak by coraz częściej dokumenty elektroniczne zastępowały papier. Chcemy jeszcze bardziej rozpropagować nasze rozgrywki, by móc pozyskiwać dla nich partnerów, którzy pozwolą nam stopniowo zmniejszać obciążenia dla klubów. Chcemy zwiększyć naszą działalność szkoleniową. Do kursokonferencji chcemy dodać materiały szkoleniowe umieszczane na stronie. Mamy wiele planów. Najważniejsze jednak, że wiele z nich już dziś realizujemy. Wiele z nich już zrealizowaliśmy. Nie tracimy sił i energii na patrzenie w tył. Oczywiście nie wszystko się nam udaje. Nie brakuje głosów krytycznych. Zawsze staramy się ich wysłuchać. Krytyka jest przecież ważniejsza od pochwał. Tylko dzięki krytyce można korygować błędy i wypracowywać optymalne rozwiązania. Mijają kolejne lata od czasu, gdy opuścił nas Wojciech Pietkiewicz, zmieniają się Prezesi, zmieniają się ludzie w Zarządzie. Cały czas udaje się nam jednak iść do przodu i udoskonalać swoją pracę. Działalność POZKosz jest bardzo podobna do działalności PZKosz, różni nas w zasadzie tylko skala. Dlatego uważam, że doświadczenia z naszej działalności mogą się przydać osobom kierującym polską koszykówką. Najważniejsze jest określenie punktu gdzie się jest i wytyczenie celów do osiągnięcia. Punt zerowy trzeba określić możliwie realnie. Optymizm i różowe okulary na nic się tu nie zdadzą. Potem trzeba wyznaczyć cel i środki, którymi chce się go osiągnąć. Środki te muszą być zależne od nas. Tu nie ma miejsca na szczęście. Nikt nie konstruuje domowego budżetu na wygranych w Lotto. Nie warto też tracić czasu na rozliczanie poprzedników. Pora wreszcie ruszyć do przodu. Zawsze lepiej jest, bowiem popełniać błędy wynikające z działania niż te, których przyczyną jest zaniechanie.
W koszykówce zaczyna się gorący okres. Finiszuje nie tylko PLK i PLKK, ale także rozgrywki młodzieżowe. Niewielu kibiców to interesuje. Wielu wprawdzie wiele mówi o młodzieży, ale niestety niewiele o tym wiedząc ;). W większości przypadków znajomość koszykówki młodzieżowej zawiera się w tych kilku nazwiskach zawodniczek i zawodników, którzy pojawiają się w blasku jupiterów na ekstraklasowych parkietach. Tymczasem praca z młodzieżą jest kluczowa dla tego, co się będzie działo w koszykówce w przyszłości. I wbrew pozorom nie mam na myśli przyszłych, znakomitych graczy, którzy będą dominować w naszej lidze i błyszczeć w trykotach z orłem na piersi. Szkolenie młodzieży to nie tylko szukanie następców Pstrokońskiego, Zeliga, Kijewskiego, Wójcika czy Gortata to także wychowywanie przyszłych kibiców, działaczy i sponsorów.
Wbrew bardzo popularnej nad Wisłą tezie, szkolenie młodzieży to nie tylko szukanie przyszłych reprezentantów. Po raz pierwszy uświadomił mi to Mihajlo Vuković, który przyjechał do Gdańska z ekipą Jedinstvo Aida Tuzla. Gdy opowiadał mi o systemie szkolenia w ich klubie, gdzie koszykówkę trenowało prawie półtora tysiąca dzieci, naiwnie spytałem ile wychowanek klubu gra w pierwszym zespole. Mikija z uśmiechem stwierdził, że trzy i żadna z nich nie jest gwiazdą. Stwierdził, że wprawdzie nie dochowali się wybitnych graczy, ale na meczach ich hala (5000 miejsc) regularnie jest pełna, w dodatku w każdej firmie w mieście pracują ich byłe zawodniczki lub ich rodziny. Drugim zderzeniem z innym podejściem do koszykówki był Mike. Mike był księgowym w Hevelius Breving Company. Był absolwentem małego amerykańskiego uniwersytetu i poznaliśmy się… grając w koszykówkę. Mike nie grał nawet w reprezentacji swojej uczelni, ale ktoś zaszczepił mu miłość do tego sportu. Dlatego w dalekiej Polsce szukał okazji by pobiegać za pomarańczową piłkę, był też rad, że jego firma wspiera drużynę koszykówki Wybrzeża Gdańsk. W pogoni za kolejnymi wielkimi, i jakże często niespełnionymi, talentami zapominamy, że sport nie potrzebuje tylko wybitnych graczy. Sport potrzebuje też kibiców, sponsorów, sędziów, działaczy, managerów. Wbrew pozorom wysoki poziom ligi i sukcesy reprezentacyjne nie są warunkiem niezbędnym by dyscyplina była popularna. Oczywiście sukces jest najprostszym sposobem pozyskania popularności. Nic jednak nie wskazuje na to byśmy w najbliższym czasie mogli być pewni sukcesu. W dodatku poprzeczkę podnoszą nam nie tylko siatkarze i siatkarki, ale także Agnieszka Radwańska, Justyna Kowalczyk, skoczkowie narciarscy, lekkoatleci i wielu innych przedstawicieli sportów indywidulanych. Wydaje mi się wysoce ryzykowne opierać naszą strategię rozwoju na sukcesie sportowym. Koszykówka może iść inną drogą. Specyfika naszej dyscypliny daje nam do ręki olbrzymie atuty, o jakich tylko marzyc mogą konkurenci. Jednym jest kultura młodzieżowa przesycona wręcz koszykarskimi akcentami. Wystarczy na chwilę włączyć telewizor na jednym z młodzieżowych kanałów by zobaczyć kogoś rzucającego do kosza lub przynajmniej ubranego w koszykarski strój. Drugim niebagatelnym atutem jest specyfika gry. Koszykówka jest chyba jedyną grą zespołową, którą można uprawiać indywidulanie. Wystarczy kosz, piłka i już można się bawić! Niestety władze polskiej koszykówki w najmniejszym stopniu nie wykorzystują tego potencjału. Przez „tłuste” lata PZKosz nie wybudował nawet jednego podwórkowego boiska. Nie wiadomo, co z kontynuacją akcji Orlik Basketmania. Projekt 3x3 też kuleje, i trzeba było inicjatywy ludzi spoza PZKosz by szansa na Mistrzostwa Polski 3x3 w 2012 roku stała się realna. Koszykówka młodzieżowa ciągle jest w PZKosz tematem niedocenianym. Nie dość, że brak jakichkolwiek programów upowszechniających basket, to nawet Mistrzostwa Polski organizowane są byle jak. Dość spojrzeć na miniony weekend. Na stronie Związku nie można znaleźć nawet kompletu wyników. Młodzieżowe Mistrzostwa toczą się w cieniu zmagań I i II ligi. Na stronie są szczątkowe relacje, trudno nawet o aktualne tabele. W przeciwieństwie do lat ubiegłych nie ma już tematycznych serwisów, ciężko się nawet zorientować gdzie odbywają się mecze. O standardzie organizacyjnym rozgrywek aż nie chce się mówić. Wszystko jest zrzucone na barki klubów. Tam gdzie znajdzie się prężny organizator turniej jest perfekcyjnie zrobiony, w innych miejscach standard jest bardzo niski. Do tego dochodzą liczne niedociągnięcia formalne. WGiD PZKosz nie panuje nad rozgrywkami. W klubach grają zawodniczki z naruszeniem przepisów. W PZKosz brak środków by rozgrywki mogli obserwować trenerzy kadry. Młodzieżowe Mistrzostwa Polski to powinno być prawdziwe święto. Miałem okazję obserwować takie rozgrywki na Litwie i w Serbii. To zupełnie inny świat. Tam Mistrzostwa kraju to perfekcyjnie zorganizowana impreza, w której grają najlepsi zawodnicy. Na trybunach zasiadają przedstawiciele klubów ligowych, skauci, trenerzy kadry, związkowi oficjele i tłumy kibiców. U nas mamy za sobą dwa turnieje mistrzowskie i na żadnym z nich nie było Prezesa Związku. Nowe przepisy miały umożliwić grę w Mistrzostwach Polski jak największej liczbie graczy z reprezentacyjnym potencjałem. Tymczasem w Mistrzostwach Polski U-20 mężczyzn nie zobaczyliśmy ani Ponitki, ani Michalaka, ani Karnowskiego. Wiem, że wszyscy grają w Ekstraklasie, ale zawsze uważałem, że wybitny gracz musi też umieć poprowadzić swój zespół do zwycięstwa, jako lider, a nie tylko zmiennik. Mistrzostwa Młodzieżowe dają szansę na sprawdzenie się w roli lidera. Taki był zamysł. Mam nadzieję, że przepis zostanie utrzymany i z czasem kluby nauczą się z niego korzystać. Być może warto połączyć Mistrzostwa z przerwą w rozgrywkach ligowych. Może w przyszłym roku powinno się połączyć finał U-20 z Meczem Gwiazd Ligi. Finał Mistrzostw Polski byłby swoistym przedmeczem. Musimy generować zainteresowanie rozgrywkami młodzieżowymi, bo to może być sposób na przyciąganie do koszykówki kolejnych młodych adeptów. Koszykówkę w Polsce (w strukturach PZKosz) uprawia ciągle niecałe trzydzieści tysięcy ludzi. To bardzo słaby wynik. Potem dziwimy się, że ciężko nam o widzów na trybunach i przed telewizorami. A przecież popularyzacja koszykówki to najprostszy sposób na zwiększenie tych wskaźników. Przecież dzieciak uprawiający koszykówkę to pewny kibic, do tego dochodzą często jego krewni i znajomi. Ciągle zdajemy się zapominać, że piramidę buduje się od dołu a nie od czubka. Trzymam kciuki za Marcina Gortata a nawet za Cheerliderki Asseco Prokomu, ich sukcesy są ważne, ale bez mrówczej pracy u podstaw nigdy nie uzyskamy pozycji, o jakiej marzymy i na jaką zasługujemy. Niestety praca ta nie odbywa się w blasku jupiterów, jest ciężka i nieefektowna. Jeżeli jednak będzie prowadzona konsekwentnie to zapewni nam silną pozycję na całe lata. Tą drogą poszli Hiszpanie i Francuzi, i dziś mogą zbierać tego owoce. Uczmy się od najlepszych i zamiast liczyć na cud weźmy się do pracy!
Otwarcie nowego portalu warte jest innego spojrzenia na polską koszykówkę ;). Zamiast tradycyjnego narzekania może nastała pora na spokojną analizę problemu. Ponieważ hasło „polska koszykówka” nigdy nie było dla mnie obojętne i ciężko o obiektywną ocenę będąc tak bardzo zaangażowanym w to środowisko, postanowiłem się podeprzeć metodami naukowymi. Wybór padł na znaną z psychologii biznesu metodę opracowaną przez Edwarda de Bono. Tą metodą jest „sześć kapeluszy”.
Kapelusz czerwony – emocje Jestem na nie. Nie podoba mi się to, co się dzieje w naszej dyscyplinie sportu. Nie podoba mi się pozycja, jaką koszykówka zajmuje pośród innych dyscyplin sportu w naszym kraju. Nie podoba mi się miejsce, jakie zajmuje w mediach. Nie podoba mi się działalność Polskiego Związku Koszykówki. Nie podoba mi się to, co robi PLK i PLKK. Wiem, że to czysty malkontentyzm, ale „czerwony kapelusz” daje mi do tego prawo. Nie muszę nic uzasadniać, nie muszę słuchać logicznych argumentów. Nie muszę być rozsądny i racjonalny. Cóż poradzę, że kolejny raz jestem rozczarowany tym, co się dzieje. Moje NIE jest, więc emocjonalne i pewnie skrajnie nieobiektywne. Kapelusz biały – obiektywizm To dopiero trudne zadanie. Zdobycie się na obiektywizm jest niebywale trudne, gdy jest się po czubek głowy zaangażowanym w jakieś przedsięwzięcie. Spróbujmy. Sportowo nie jest wcale źle. Kadra seniorów zagrała słabe kwalifikacje, ale całkiem niezły turniej finałowy Mistrzostw Europy. Mimo czarnych wizji Marcina Gortata zespół Alesa Pipana nawiązał walkę z czołowymi ekipami kontynentu i do ostatniego meczu miał szansę na awans do dalszych gier. Koszykarki wypadły może nieco poniżej oczekiwań, ale należy pamiętać, że w Mistrzostwach Europy nie grały w optymalnym składzie. Młodzieżowe drużyny grają więcej niż przyzwoicie. Brązowe medale podopiecznych Iwony Jabłońskiej, szóste miejsca juniorów i juniorek to dobry prognostyk. Nasze kluby regularnie grają w Eurolidze. Nie brakuje też polskiej koszykówce wybitnych osobowości. Marcin Gortat, Maciej Lampe, Thomas Kelati grają na najwyższym poziomie. Agnieszka Bibrzycka czy Ewelina Kobryn to także europejska czołówka. Wśród młodzieży mamy znakomite pokolenie rocznika 93 mężczyzn oraz wiele obiecujących zawodniczek z Magdą Ziętarą i Gosią Misiuk na czele. Sportowo nie mamy się, więc czego wstydzić. Znacznie gorzej wygląda popularność naszej dyscypliny. Trudno tu dostrzec jakąś strategię działania. Jest niby Tauron Basket Mania, ale program jest Ministerstwa Sportu i Turystyki a PZKosz jest jedynie jego partnerem. Sposobem na popularyzację miała być koszykówka 3x3, ale tu także nie widać zaplanowanych działań. Pozostaje, więc naturalny potencjał dyscypliny opierający się w głównej mierze na NBA oraz kulturze młodzieżowej. Oczywiście nie można zapominać o wielu trenerach, którzy gdzieś tam na dole wykonują mrówczą pracę, dzięki którym gdzieś potem w blasku jupiterów jakiś wybitny junior czy juniorka mogą objawić się szerokiej publiczności. Organizacja – tu jest najgorzej. Polski Związek Koszykówki ma fatalne notowania. Dowodem była frekwencja na spotkaniu z Prezesem PZKosz podczas MPD w Szczyrku. Na forach internetowych aż kipi od krytyki władz Związku. Do tego dochodzi fatalna sytuacja ekonomiczna. Lepiej wygląda sytuacja w ligach zawodowych Tu przynajmniej jest finansowa stabilność. Trudno jednak nie pamiętać ile krytyki wywołała decyzja o zwolnieniu Asseco Prokomu z pierwszej fazy rozgrywek. Niewątpliwie problemem jest zbyt rozbudowany system rozgrywek. Zbyt liczne ligi powodują wielkie dysproporcje między zespołami. Poniżej jest trochę lepiej. W tym roku rozgrywki pierwszej i drugiej ligi są emocjonujące. Gorzej z rozgrywkami młodzieżowymi. Obecny system zamyka drużyny w rywalizacji strefowej gdzie ciężko o wyrównaną siłę zespołów. Efektem tego stanu rzeczy jest deficyt wartościowych gier. Jest to ewidentny problem w szkoleniu młodzieży. Podsumowując ten „obiektywny” rozdział nie sposób nie zauważyć, że potencjał koszykówki jest duży. Są sukcesy, są osobowości, są naturalne fundamenty, potrzebne są jednak działania, które ten potencjał wykorzystają a może nawet pomnożą. Tego dziś brak. Jest wiele świetnych inicjatyw, można godzinami wymieniać ciekawe pomysły i skuteczne działania. To wszystko jednak inicjatywy ludzi, klubów, lig, wojewódzkich związków, którym brak koordynacji i wspólnej strategii. Kapelusz czarny – pesymizm Aż boję się go zakładać. Pesymista to wprawdzie podobno dobrze poinformowany optymista, ale nie wiem czy pesymizm to, to czego polskiej koszykówce dziś potrzeba. Jeżeli już krakać to na całego. Polski Związek Koszykówki ma olbrzymie długi (przyznaje się do 5 milionów). Czy PZKosz może zbankrutować? Co będzie jak nie uda się znaleźć generalnego sponsora? Minęło czternaście miesięcy a efektów brak. Ciągle słyszymy, że już za chwilę będzie sponsor, że trwają rozmowy z Ministerstwem Sportu o zwiększeniu dotacji, że wszystko idzie we właściwym kierunku. Problem jest jeden… brak efektów. Jeżeli dłużnicy przystąpią aktywnie do egzekucji należności to sytuacja może się stać krytyczna. Długi to także element odstraszający potencjalnych partnerów, zwrócił na to uwagę Piotr Pietrzak z Hawas Sports & Entertaiment w świetnej rozmowie z Łukaszem Ceglińskim. Bez pieniędzy trudno będzie o dobry wynik reprezentacji, bo już dziś koszykarki i koszykarze przebąkują o zaległych płatnościach. Kapelusz żółty – optymizm Uff… wreszcie można spojrzeć na świat przez różowe okulary. Zdaniem władz Związku to dość proste. Po prostu jutro podpisana zostanie umowa i firma XXX stanie się sponsorem generalnym Związku. Po długach nie zostanie śladu, a dodatkowe środki przeznaczymy na to wszystko, czego dotąd nie zrobiliśmy. Dla mnie ta wizja optymistyczna jest trochę inna. Ja wierzę w to, że w końcu powstanie spójna koncepcja rozwoju koszykówki. To ważniejsze od pieniędzy. Spójna koncepcja zawierająca zarówno stworzenie produktu jak i jego sprzedaż. Ta koncepcja musi zaczynać się od popularyzacji i umasowienia a kończyć się na przygotowaniach silnych reprezentacji seniorskich. Stworzony kompletny i atrakcyjny produkt będzie łatwiejszy do sprzedania. Do sprzedania w całości lub w częściach. Taka jest optymistyczna wersja wydarzeń. Mój optymizm zakłada, że w PZKosz pojawią się wreszcie ludzie gotowi realizować tę wizję. Ludzie zdolni przeprowadzić bolesne i drastyczne reformy. Nie mówić o nich, ale je zrobić. Kapelusz zielony – możliwości Koszykówka ma ciągle olbrzymi potencjał. Wystarczy obejrzeć przez chwilę MTV czy inny kanał młodzieżowy by zorientować się jak wiele tam koszykarskich akcentów. Ciągle jeszcze na osiedlach łatwiej o kosz niż o boisko do siatkówki, o bramce do piłki ręcznej nie wspominając. To jest nasza naturalna przewaga. By wykorzystać te możliwości musimy zwrócić się do młodzieży na nowy sposób. Koszykówka 3x3 może odgrywać tu istotną rolę. Ktoś powiedział mi, że powinniśmy zadbać by NBA wróciło do otwartej telewizji. Pewnie byłoby to skuteczne, ale nas na to nie stać. Łatwiej nawiązać współpracę z kanałami młodzieżowymi i organizować akcje masowe. Drugim elementem jest wsparcie szkolenia podstawowego. PZKosz powinien wreszcie skupić się na samym dole piramidy. Tam można ulokować mniejsze środki uzyskując większe efekty. Orlik Basketmania powinien być akcją Związku, odbywającą się bez względu na kaprys Ministerstwa. Możliwości jest całe mnóstwo. Trzeba szukać nowych pomysłów oderwać się od łańcucha SMS – kadry narodowe i zacząć dbać o szersze szkolenie, które da nam nie tylko reprezentantów Polski, ale także kibiców, sponsorów czy sympatyków. Praca jest żmudna i nie będzie odbywać się w blasku reflektorów, ale gwarantuje trwałe i wieloletnie skutki. Kapelusz niebieski – organizacja Struktura polskiej koszykówki jest bardzo demokratyczna. Kluby – Wojewódzkie Związki – PZKosz to droga, którą mogą podążać wszyscy, którzy chcą lepszych czasów. Niestety, podobnie jak w polityce, więcej jest tych, którzy krytykują niż tych, którzy w praktyce starają się coś zrobić. Kluby w większości są wątłymi strukturami, gdzie trener jest nie tylko trenerem, ale też managerem, księgowym, sekretarką i logistykiem. Oczywiście jest też garść klubów profesjonalnych, które posiadają szerszą strukturę, ale skupione są głównie na swoim funkcjonowaniu. Wojewódzkie Związki mają złą opinię, choć to one głownie organizują rozgrywki młodzieżowe, prowadzą szkolenie wojewódzkie a często także inicjują programy szkoleniowe i aktywizacyjne. Ciągle słychać, że jest to struktura przestarzała, obsadzona przez działaczy z poprzedniej epoki. Nawet, jeżeli tak jest, to jest to zasługa dwóch czynników. Z jednej strony młodzi, dynamiczni ludzie nie garną się do pracy w WZKosz, bo nie rozumieją tej struktury i nie dostrzegają możliwości, jakie ta praca mogłaby im dać. Z drugiej strony PZKosz nie robi nic by decentralizować strukturę polskiej koszykówki i by wymagać od WZKosz większej aktywności. W końcu PZKosz, który od lat ma problem z przedefiniowaniem swojej roli. Ciągle koncentruje się tylko na kadrach narodowych i najwyższych klasach rozgrywkowych. To archaiczne spojrzenie na rolę Polskiego Związku sprawia, że wszelkie inicjatywy oddolne są z konieczności regionalne i chaotyczne. Jak widać koszykówka to sport o niebywałym potencjale. Nie da się jednak wykorzystać tego potencjału, jeżeli nie zmieni się sposób myślenia, zarówno ten na górze jak i ten na dole. Jeżeli Zarząd PZKosz i jego biuro nie zacznie patrzeć szerzej, a wielu ludzi, którzy dziś „robią koszykówkę” na samym dole nie zaczną patrzeć wyżej. Jeżeli wszyscy nie zaczniemy więcej oczekiwać od siebie i od tych, których wybraliśmy. Przyszłość polskiej koszykówki to nie tylko pozyskanie strategicznego sponsora. Taki „złoty strzał” wiele by ułatwił, ale przypominam, że po czasach Lecha, Ery czy Prokomu niewiele pozostało. Bez spójnego programu działania kolejne wielkie pieniądze zostaną przejedzone i znów za chwilę będziemy w tym samym miejscu. Problemy polskiej koszykówki też nie są łatwo definiowalne. Tu nie wystarczy zmienić Pana A na Pana B. Jak zawsze potrzebni są wizjonerzy, ale także realizatorzy ich wizji. Potrzebna jest konsekwencja. Nie możemy rezygnować z reform przy pierwszym sprzeciwie. Musimy też wreszcie powiedzieć sobie, że „jest źle”. Zamiast oszukiwania się, że zaraz będzie dobrze. Koszykówka nie może dziś rywalizować wynikiem sportowym. Jeszcze długo nie będziemy mieli szans na wyniki adekwatne do wyników siatkarzy czy piłkarzy ręcznych. Przypominam jednak, że potęga hiszpańskiej koszykówki nie narodziła się przy pierwszych medalach seniorskich, a raczej na boiskach dla dzieci gdzie popularyzowana była koszykówka pod logiem „ñ”. Tak budowano popularność basketu w Niemczech i Włoszech. Takie są fundamenty koszykówki na Bałkanach czy Litwie. Wszędzie tam podstawą jest masowość. Od tej masowości musimy zacząć, bo bez niej wszelkie konstrukcje będą tylko zamkami na piasku.
sobota, 10 marca 2012
Przeczytałem wpis Grzegorza Magiery na temat U-20. Ponieważ ponoszę część odpowiedzialności za zaistniałą sytuację to winny jestem kilka słów wyjaśnienia. Po pierwsze idea „dobierania” graczy miała służyć temu by w fazie centralnej Mistrzostw Polski grało jak najwięcej graczy o reprezentacyjnym potencjale. Drugim przepisem, który powstał w tym sezonie jest przesunięcie terminu końca zmian barw klubowych na koniec października. W poprzednich latach było wiele przypadków „kombinowania”. Kluby celowo przyspieszały mecze by wytransferować swych graczy. Teraz miało być inaczej. Nieoczekiwanie problemem stało się okienko transferowe ekstraklasy. Grzegorz pisze, że Michalak i Zyskowski nie zostali kupieni by zdobywać medal Mistrzostw Polski – bez wątpienia, ale bez trudu mogę sobie wyobrazić sytuację, gdy chora ambicja klubowych działaczy zadziałałaby inaczej. Wyobrażam sobie jak tylko w celu zdobycia medalu Mistrzostw Polski skupuje się przed finałem czołowych graczy. Przecież wszyscy jeszcze pamiętają finały z udziałem Polonii 2011 i Trefla Sopor z udziałem zaledwie garstki wychowanków i całej armii zaciężnych graczy. Oczywiście nie można nie zauważyć, że z tych czy innych przyczyn w Mistrzostwach Polski U-20 nie zagrają Ponitka, Michalak i Karnowski – czyli obecnie nasze największe nadzieje na przyszłość. Tak nie powinno być. Zawsze uważałem, że gra w lidze to jedno a liderowanie zespołowi rówieśników to zupełnie coś innego. Młody gracz by się w pełni ukształtować musi zarówno być liderem jak i częścią zespołu. Mistrzostwa Polski to także powinno być święto koszykówki. Okazja by w akcji zobaczyć faktycznie najlepszych graczy w danej kategorii. Systemu, który by to umożliwiał nie możemy się jakoś dopracować. Cały czas mam wrażenie, że Mistrzostwa Polski to przykra konieczność rozgrywana w cieniu rozgrywek ligowych. Pewne kontrowersje wzbudził mój wpis o półfinale U-20 w Lublinie. Nie zabieram w nim zdania na temat zaistniałej sytuacji. Wiem jak stronnicze bywają wypowiedzi członków ekip po porażce. Wiem też niestety, jakie „cuda” zdarzają się na tym etapie rozgrywek. Nigdy do końca nie można rozstrzygnąć takich sytuacji i ja nie mam takiego zamiaru. Niczego nie zarzucam Michałowi ani Markowi, problemem, który chciałem poruszyć jest zupełnie zbyteczna sieć powiązań i zależności. Zawsze byłem zwolennikiem rozdzielania funkcji Członka Zarządu i Komisarza Technicznego. Dziś wytworzyła się sytuacja, że od decyzji Komisarza „A” odwołanie wpływa do WGiD zarządzanego przez Pana „A” a następnie do Zarządu, którego Pan „A” jest członkiem. Błędy, które są nieuchronnym elementem pracy Komisarza czy sędziego podważają autorytet Zarządu. Jeżeli ktoś się decyduje na pracę w Zarządzie Stowarzyszenia to powinien pracować dla jego dobra, a nie dbać o własną karierę lub interesy organizacji, która go do Zarządu desygnowała. W PZKosz od zawsze był z tym problem. Nad tym trzeba strasznie popracować. By w przyszłości nikt nie tworzył spiskowych teorii dziejów. By nikt nie miał wątpliwości, że jakiś turniej jest w mieście „B”, bo oferta była najlepsza a nie, bo ten czy inny Prezes zadzwonił z poparciem. Transparentność jest najwyższą wartością. Ktoś zwrócił mi uwagę, że zasugerowałem, iż Lublin dostał organizację finałów U-20 decyzją Michała Lesińskiego a tymczasem to była jedyna kandydatura. Być może faktycznie tak było, tylko skąd ja to mam wiedzieć. Przecież nikt nie wie (no może poza wąskim gronem wtajemniczonych), kto podejmuje taką decyzję, dlaczego i jakie były kandydatury. Czy faktycznie takim problemem jest umieszczenie na stronie informacji: „komisja w składzie, w dniu, podjęła decyzję o przyznaniu turnieju miastu „X”, kandydowały jeszcze, o wyborze zdecydowało…”. Nikt by nie miał wątpliwości. We wprowadzaniu takich standardów nie przeszkadza przecież pustka w kasie…
piątek, 09 marca 2012
Przeczytałem sobie przed momentem relację z meczu Smyk Prudnik – Novum Lublin. Na meczu nie byłem więc się nie wypowiadam. Dla mniej świadomych może jednak kilka dodatkowych informacji. Michał Lesiński pełniący na tym meczu rolę Komisarza Technicznego to Członek Zarządu PZKosz, osoba odpowiedzialna za funkcjonowanie WGiD PZKosz, Prezes Warszawskiego Związku Koszykówki województwa mazowieckiego. Jego kolegą z Zarządu PZKosz jest Marek Lembrych Prezes Lubelskiego Związku Koszykówki, członek Rady Nadzorczej PLK, osoba odpowiedzialna za sprawy komisarskie w PZKosz. Znaczy że Marek Lembrych wyznaczył Michała Lesińskiego na ten turniej. Michał Lesiński zaś turniej finałowy Mistrzostw Polski U-20 przyznał… Lublinowi. Nic nie sugeruję. Wierzę, że nic nie ma na rzeczy. Pytanie brzmi tylko po co takie zależności. Czy naprawdę tak ważnymi elementami działalności PZKosz muszą zajmować się Członkowie Zarządu, czy w dodatku muszą być oni Komisarzami Technicznymi. Czy nie prościej i transparentniej by było unikać takich zależności. Jak potem dyskutować z tezami głoszonymi przez Tomasa Pacesasa.
czwartek, 08 marca 2012
Ponad rok temu po raz pierwszy pokazała się strona www.nowypzkosz.pl. Wtedy wszyscy (no może większość) mieli dość skompromitowanego aferą wałbrzyską Romana Ludwiczuka. Nie mniejszy opór budził styl rządów Prezesa PZKosz. Mimo kilku zarzutów o zbytnią ogólnikowość program Nowego PZKosz spotkał się z ogólną akceptacją. Nie było tam może zbyt wielu konkretów, ale była moralna strategia. Nikt nie powiedział jak to zrobi, ale miało być inaczej. Miał nastać czas demokracji, kompetencji, transparentności i nowoczesności. Jak zwykle bywa w tego typu opowieściach, świetlane cele przegrały z prozą codzienności. W kasie nie było pustek tylko sterta weksli. Zapał reformatorów rozbił się o pierwsze problemy. Za progiem czekało kukułcze jajo w postaci żeńskich Mistrzostw Europy. Impreza się odbyła, długi urosły z wielkich do gigantycznych. O zmiany było coraz ciężej. Rządzenie łatwe wydaje się z daleka. Rządzenie to nie tylko blichtr i popularność. Mało, kto patrzy w głąb. Większość rządzących uważa, że by nie tracić popularności należy unikać trudnych decyzji. Tym bardziej, że patrząc na rząd Donalda Tuska można się utwierdzić w takim spojrzeniu na władzę. Mam lewicowe poglądy, ale jakoś bliższy mi styl sprawowania władzy Margaret Thatcher. Jeżeli władza ma mieć sens to właśnie MUSI podejmować trudne decyzje. MUSI mieć cel i wizję jego osiągnięcia. MUSI mieć system wartości i szkielet moralny. To jest najważniejsze! Kiedyś już pisałem, że władza dla władzy nie ma sensu. Niestety wszystko to nie jest łatwe. Niektórzy z tym się rodzą, część nabywa tę wiedzę poprzez doświadczenie. Większość nigdy do tego nie dochodzi i marzy tylko o kolejnej kadencji. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że władza deprawuje. Ja sam często myślę na ile jestem nią zdeprawowany. I czy to, co zauważam u innych sam też robię. Wiem doskonale, że nigdy nie będę potrafił tego ocenić. I tu zaczyna się kolejna ważna rzecz dla kogoś, kto sprawuje władzę – krytyka. Jakby nie była bolesna i wydawała się niesprawiedliwa, zawsze trzeba jej słuchać i analizować. Trzeba się zastanowić czy nie ma w niej ziarna prawdy. Bez tego deprawacja władzą jest więcej niż pewna. Właśnie, dlatego mądry rządzący zawsze otacza się ludźmi o silnej osobowości, niebojącymi się artykułować swoich poglądów często innych od szefa. Tak jak nic nie uczy skuteczniej niż porażka, tak wzajemne klepanie się po plecach jest nieuchronną zapowiedzią klęski. Samobójcą jest więc ten, kto otacza się pochlebcami. Wiem, że gdy nic się nie udaje, gdy klęska zagląda w oczy szczególnie trudno jest znieść krytykę. Instynktownie szuka się wtedy akceptacji i potwierdzenia słuszności obranej drogi. To naturalny odruch. Ważne jest jednak to, kto tę akceptację wyraża. Czy jest to człowiek niezależny, który potrafi chłodno ocenić sytuację, czy pochlebca liczący na kolejną posadkę czy inny kąsek z pańskiego stołu. W tym drugim przypadku traci się poczucie rzeczywistości. Czy ktoś, kto zmierza ku przepaści potrzebuje akceptacji czy raczej ostrzeżenia? Wystarczy popatrzeć na świat polityki by zobaczyć jak wielu liderów skończyło marnie, bo otoczyło się miernotami. Najłatwiej oczerniać krytyków, wytykać im błędy i ułomności, w końcu dlatego taką karierę zrobiło hasło „a w Ameryce biją Murzynów”. Trudniej jest przyznać, że krytyka jest niezbędna. Prawdziwy przywódca jest jednak mądry mądrością nie tylko własną i swoich doradców, ale także swoich krytyków… Przecież prawdziwa cnota krytyk się nie boi.
|